Inny teatr
Tadeusz Kornaś
Festiwale - Kaliskie Spotkania Teatralne 2002
Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst
Rola czy teatr?

Jury Kaliskich Spotkań Teatralnych przyznaje wyłącznie nagrody aktorskie. Lecz jak porównać spektakl gwiazdorski z kreacją całkowicie zespołową, celowo pozbawioną jednej dominującej postaci? Jak oceniać przedstawienia wydobywające brud i szarzyznę dzisiejszego świata, mając obok plastycznie, pięknie opowiedzianą historię o wielkiej miłości? Co zrobić z monodramem prezentowanym na prawie pustej scenie, który konkuruje z kilkudziesięcioosobowym spektaklem o bogatej scenografii? W tym roku panowała naprawdę wielka różnorodność gatunkowa i estetyczna. Na dodatek zdecydowaną większość przedstawień cechował wysoki poziom artystyczny.

W jury zasiedli: Alina Obidniak, Maja Ostaszewska, Halina Skoczyńska, Krzysztof Mieszkowski i Igor Przegrodzki - przewodniczący. Niestety, werdykt był, nie tylko dla mnie, smutnym zaskoczeniem - Grand Prix przyznano Zbigniewowi Zapasiewiczowi. Ale raczej nie za to, że stworzył rolę, dzięki której powstał wspaniały spektakl. Nie była to na pewno kreacja na miarę niedawnego Leara, ale dosyć sentymentalny pokaz gwiazdorski w błahej sztuce zatytułowanej Nad złotym stawem. Smutna to konstatacja: w czymkolwiek Zapasiewicz by się pojawił - a przecież nie sposób zaprzeczyć, że jest wyśmienitym aktorem - prawdopodobnie od tego jury dostałby nagrodę.

Jest wielkie zapotrzebowanie na teatr gwiazd i jest to być może nawet pod pewnymi względami korzystne zjawisko (o ile gwiazdy nie uprawiają prostej chałtury). Ale należy dokonać wyboru: czy na festiwalu sztuki aktorskiej należy nagradzać popis gwiazdorski, czy raczej rolę w kontekście całego spektaklu? Czy lepszym aktorem jest ten, kto wybija się na pierwszy plan, bez względu na to, w jakiej sztuce przyszło mu grać, czy ten, kto robi wszystko, by powstało spójne i ważne przedstawienie? W zeszłym roku nie było problemu: rola Haliny Skoczyńskiej służyła do stworzenia świetnego dzieła (Wiśniowy sad w reżyserii Pawła Miśkiewicza). Tego roku spektakl, w którym nagrodzono Zapasiewicza, ustępował artystycznie innym propozycjom.

Lecz nie nagrody okazały się najważniejsze. Najważniejsza była różnorodność i wysoki poziom spektakli oraz wspaniała widownia. Kaliski festiwal wzbudził wielkie zainteresowanie publiczności. Zwłaszcza młodej. W antraktach rozdyskutowana młodzież mówiła wciąż o teatrze. Widać było, że miasto żyje i oddycha festiwalem. Każdego dnia uczestnicy przeglądu otrzymywali bardzo ciekawą, przygotowywaną przez licealistów, gazetę festiwalową "Garderoba". Żarliwe, czasem bardzo kontrowersyjne opinie stawały się punktem wyjścia do kolejnych godzin spędzanych na rozmowach. Rano odbywały się spotkania z aktorami, po południu i wieczorem - spektakle. Festiwalowe życie było rzeczywiście barwne i naznaczone pasją.

Piątek

Rozpoczęli gospodarze, czyli Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, spektaklem Kaligula według Alberta Camusa. Reżyserował Robert Czechowski, dyrektor teatru. Na widzów przez całe przedstawienie patrzyło z umieszczonego wysoko nad sceną telewizora oko - trochę przewrotny symbol obecności sił, nawiązujący do trójkąta symbolizującego Boga Ojca umieszczanego u szczytu ołtarza. Ale telewizyjne oko w tym wypadku oznaczało pustkę i obojętność - żadnej możliwości wykroczenia poza ekran i ingerencji w rzeczywisty świat. A na scenie - pod owym okiem braku Opatrzności - toczyła się teatralna dysputa o wolności i jej granicach. Spektakl był bardzo widowiskowy, barwny, wykorzystujący świadomie estetykę z pogranicza kiczu, określaną czasem mianem campu. Przestylizowane stroje, pstrokate zestawienia barw, świadomy nadmiar dekoracyjności... Kaligula, grany przez Sebastiana Pawlaka (dostał za tę rolę wyróżnienie) to młody człowiek pochłonięty myślą o osiągnięciu bezgranicznej wolności. By jej dotknąć, by czuć głębiej, przekracza wszystkie tabu - lecz to nie pomaga, taka droga nie ma końca. Jego przewrotna filozofia przynosi innym cierpienie, często śmierć, wszystkie prawa w jej świetle stają się absurdalne. A samego Kaligulę doprowadza ku granicy choroby psychicznej; poszukiwanie wolności przeradza się w dręczenie innych i chorobliwe prowokowanie bogów. Waga podejmowanych w spektaklu problemów znalazła ciekawe odzwierciedlenie w roli głównej. W Kaliguli granym przez Pawlaka jest doza ludzkiej, wrażliwej rozpaczy, ale też wciąż wyłaniające się na powierzchnię sadystyczne upajanie się władzą. I jeszcze dziwne światło bezradności. Ubrany na początku jak ktoś z ulicy, trochę obszarpany. Kolejne przebrania bohatera stają się raczej pozą, grą podobną do jego gry z granicami wolności. Chce zadziwiać, szokować, wprowadzać zamęt. Lecz na koniec pozostaje znów w swoim zwykłym stroju, zagubiony, jak na początku. Niestety, Kaligula nie znalazł partnerów (może poza Caesonią - Izabelą Noszczyk). Pozostałe postaci bądź wydają się pozbawione siły, bądź są podobne marionetkom, czasem stają się wręcz groteskowymi, odpersonalizowanymi tezami (podkreślają to jeszcze śmieszne stroje, powtarzane grymasy i charakterystyczny szablonowy ruch). Na takim tle Kaligula nie znajduje żadnego godnego siebie przeciwnika, nie ma nawet zarysowanej sensownej alternatywy istnienia w świecie. I niestety, to sprawia, że spektakl pozbawiony jest grozy, drżenia, brak w nim dialogu postaw. Staje się nieźle zrobionym statycznym obrazem, ilustrującym abstrakcyjną tezę.

Sobota

Drugi dzień festiwalowego konkursu rozpoczął Stary Teatr z Krakowa. Aktorski koncert - Dwoje na huśtawce Williama Gibsona w reżyserii Zbigniewa Najmoły - to dobrze skrojony kawałek teatru. Anna Radwan-Gancarczyk i Szymon Kuśmider stworzyli dosyć wiarygodne role, przedstawiając samotne osoby w średnim wieku, poszukujące ciepła i miłości. Nie jest to jednak proste zadanie, bo uwikłanie w przeszłość nie pozwala na beztroskie poddanie się uczuciu. Spektakl wiarygodny aktorsko, momentami trzymający w napięciu, ale nie wykraczający poza poprawność. Ot, miła propozycja spędzenia czasu.

Większe ambicje postawili przed sobą twórcy drugiego przedstawienia wieczoru - Romea i Julii zrealizowanego w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Można ten spektakl określić jako przykład teatru bardzo mocno zdominowanego myślą reżysera (Rimas Tuminas). Właściwie każda scena zbudowana była na jakimś plastycznym czy kompozycyjnym pomyśle: a to walka Montecchich i Kapulettich toczyła się przy użyciu skórzanych pasów, to znów ojciec Julii wchodził na scenę z wiolonczelą, zupełnie w tej sytuacji absurdalną, często postaci układały się w statyczne obrazy cieszące harmonią oko widzów. Nic nie było realistyczne. Prowadzona była nieustanna gra skojarzeń, gra plastycznych obrazów, przyznać trzeba: bardzo precyzyjnie i harmonijnie zestawianych. Ale w tym skomponowanym scena po scenie świecie pozostało też miejsce na ciekawe budowanie ról, na subtelne odgrywanie psychologicznych i moralnych zawikłań między postaciami (ten gatunek teatru jednak nie bardzo przekonywał jury - jedynie za rolę Marty nagrodzona została Elżbieta Golińska). Dominującym elementem wizualnym była wielka (jak kurtyna) ruchoma ściana zbudowana z połączonych drewnianych drzwi od starych szaf i innych elementów domowych mebli. Usytuowana w tle, dominowała nad światem; czasem ruszając ku proscenium, miażdżyła zamysły bohaterów. Była też na przykład pięknym elementem sceny miłosnej, gdy Romeo i Julia wykonywali, wspinając się po niej, dziwny, nastrojowy taniec pełen zmysłowości. Na proscenium znajdowało się niewielkie ceglane podwyższenie. Cegły jednak nie służyły do budowania, stawały się raczej twardym i nierównym posłaniem kochanków. Ostentacyjna, nierealistyczna z pozoru gra aktorska, malarskie ustawianie scen, operowanie skojarzeniami, częsta gra wprost do publiczności - te i inne jeszcze cechy spajał bardzo precyzyjny i przejmujący rytm przedstawienia. Ze sztuczności nagle rozkwitały sceny magicznego piękna, osiągającego wręcz sankcję rytuału - na przykład, gdy Julia przed tajemnym ślubem coś pakuje, jakiś kawałek białego materiału, a później pod tym białym haftowanym płótnem, jak pod czystą bramą, wchodzi w kolejny etap życia.

Romeo i Julia z wrocławskiego przedstawienia to bardzo młodzi ludzie. Jednak o ile Julia, choć bardzo dziecinna i naiwna, wie czego chce, jest zdeterminowana i silna - to Romeo jest raczej uosobieniem niedojrzałości, chłopcem nie potrafiącym radzić sobie ze światem, którego przerastają wszystkie sprawy. Rola Julii (Dorota Abbe) zdecydowanie zasługiwała na zauważenie. Stanowczość, czystość i ocalenie namiętności to bardzo ważne atuty tej postaci. Z wielką delikatnością i prawdą Abbe potrafiła ukazać przemianę, dojrzewanie i determinację młodej kobiety. Spektakl kończy właściwie bezsłowna scena śmierci kochanków. Wszystko się urywa, niepotrzebne już gadanie o lepszych dniach. Ze śmiercią kochanków umarł świat.

Niedziela

By dopełnić miary różnorodności, na festiwalu zagościł monodram. Gabriela Muskała z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi zaprezentowała Podróż do Buenos Aires Amanity Muskarii (reżyseria Marian Półtoranos). Spektakl grany jest na pustej scenie. Muskała gra Walerkę, starą kobietę, która stopniowo zapomina wszystko. Ale aktorka nawet nie próbuje udawać starości - jest bardzo młoda i witalna, z jej oczu bije pasja życia i radość. Ten kontrast powoduje bardzo ciekawe aktorsko i życiowo komplikacje. Proces zamierania pamięci oddzielony jest od ciała, wręcz wypreparowany. Szczególnie cieszy gra utożsamiania i dystansu. Czasem widzowie śmieją się do łez, a czasem dziwią okrucieństwu i zaciekłości bohaterki. Końcowe odejście (w śmierć?), związane z całkowitym zapomnieniem nazw, ludzi i rzeczy staje się rodzajem przejścia (w życie?). Ta bardzo pięknie i subtelnie poprowadzona rola została nagrodzona przez jury.

Na następny spektakl "cały Kalisz" pojechał autokarami do Wrocławia, do Teatru Polskiego. Przypadku Klary Dei Loher w reżyserii Pawła Miśkiewicza nie dało się przenieść na znacznie mniejszą kaliską scenę. Ale wielogodzinna podróż opłaciła się, widzowie mogli obejrzeć kolejne odmienne oblicze współczesnego teatru. Krótkie sceny z życia Klary, jej życiowe szamotanie się, rozczarowania, niemożność poradzenia sobie z rzeczywistością, układały się w drogę ku samobójczej śmierci. Miśkiewicz wykorzystał w przedstawieniu multimedialne środki, operując filmowymi zbliżeniami twarzy i ciał, wyświetlanymi na wielkich telebimach i ekranach telewizorów. Muzycznym tłem była wykonywana na żywo muzyka hiphopowego zespołu. Wszystkie konwencje były jednak wciąż łamane, Klara czasem zwracała się wprost do publiczności, czasem grała jak w realistycznym teatrze, czasem była podglądana przez wszechobecne media. Rozbitemu życiu odpowiadał sposób jego przedstawiania w teatrze: fragmentaryczny, niespójny. Oglądaliśmy wycinki z życia, podawane z różnych perspektyw, które jednak układały się ostatecznie w tragiczny ciąg. Utrata pracy, niemożność nadania życiu sensu, pełne szamotaniny poszukiwanie miłości i zrozumienia, rywalizacja z inną kobietą, zastępcza "gimnastyka" z mężczyzną w łóżku, pójście na ulicę, wreszcie śmierć. A w tle niespełnienia innych: pozornie poprawne małżeństwo siostry i jego rozpad, lesbijska namiętność przeradzająca się w orgiastyczne zapamiętanie i na dodatek szczypta sentymentalnej poezji w osobie Chińczyka, swoistego anioła stróża Klary.

Paweł Miśkiewicz bardzo interesująco, wręcz z sympatią wobec wszystkich prawie postaci poprowadził przedstawienie. Ponura diagnoza świata nie zdominowała nastroju spektaklu. Postaci stały się dzięki temu wielowymiarowe, czasem sympatyczne, czasem zagubione, czasem nieprzewidywalne. Kinga Preis zagrała prostą dziewczynę, buntującą się wobec rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy zwyczajną, poszukującą po prostu miejsca w świecie, szamocącą się z nim. Potrafiła wzbudzać zaufanie i sympatię. Była w niej radość i w gruncie rzeczy - co może niespodziewane - ciepło i poczciwość. Za rolę dostała główną nagrodę aktorską; nagrodzona została także Ewa Skibińska (Irena, siostra Klary).

Poniedziałek

Ten dzień poświęcono teatrowi gwiazd. Agencja Grami Miśkiewicz z Warszawy zaprezentowała Opowiadania zebrane Donalda Marguliesa w reżyserii Krystyny Jandy. Wystąpiła Krystyna Janda i jej córka Maria Seweryn. Była to historia doświadczonej pisarki uczącej młodą dziewczynę. Kontakt między dwoma pokoleniami przekształca się w końcu w mieszaninę fascynacji i współzawodnictwa. Padają pytania o granice prywatności w twórczości pisarza. Dosyć schematyczna sztuka, w której bez najmniejszego problemu można było przewidzieć, co zdarzy się za chwilę, była oczywiście tylko pretekstem do pokazania się na scenie (Janda) i zaprezentowania córki ("Zrozumiałam, że muszę jej przekazać rzemiosło i to jest mój obowiązek" - cytat z wywiadu Jandy udzielonego "Garderobie"). Maria Seweryn okazała się dobrą uczennicą, bynajmniej nie pozostawała na scenie w cieniu matki (otrzymała zresztą wyróżnienie jury).

Drugie przedstawienie wieczoru to Nad Złotym Stawem Ernesta Thompsona w reżyserii Zbigniewa Zapasiewicza, przywiezione przez Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. W roli tytułowej wystąpił reżyser. Było to przedstawienie opowiadające o starości: trochę sentymentalne, trochę śmieszne, nawet odrobinę wzruszające. Bez pretensji do nowatorstwa, bardzo sprawne i eleganckie, lecz już w założeniu wyzbyte ambicji artystycznych; czyli, używając starego skojarzenia - sztuka dobrze skrojona. Zapasiewicz świetnie ukazywał sposób poruszania się staruszka i transformację, swoisty zastrzyk witalności, w momencie, gdy młody chłopak (syn zięcia) wkroczył w jego życie. Przejmująco odgrywał zrzędzenie i atak serca. Świetnie demonstrował zapatrzenie w jezioro. Świetnie pokazywał, jak staruszek może być nieporządny, gnieżdżąc się w stercie gazet. Ale ta gra ostatecznie pozbawiona była wewnętrznej prawdy, żaru autentyzmu. Pojawiał się przesyt wynikający z demonstrowania warsztatu. Im bardziej charakterystyczne i wypracowane były zachowania Zapasiewicza, tym bardziej traciły świeżość i prawdę.

Po obejrzeniu tych dwóch spektakli jednego wieczoru, jestem przekonany, że aktorzy, zwłaszcza świetni, absolutnie nie powinni reżyserować samych siebie. Potrzebna jest odrobina dystansu, spojrzenie z zewnątrz nie pozwalające na demonstrowanie aktorskich sztuczek. Oczywiście, widownia - i to jej prawo - oczekuje spektakli gwiazdorskich; Kalisz nie jest tu wyjątkiem. Zapasiewicz i Janda mogli być pewni owacji na stojąco.

Wtorek

Jakby chcąc przerwać passę teatru dla sytego widza, który chce oglądać nie angażujące i nie dotykające go treści, kolejny dzień rozpoczął się od sztuki całkowicie nie-przyjemnej. W koprodukcji Teatru Polskiego w Poznaniu i Teatru Współczesnego w Szczecinie powstał spektakl Pasożyty według dramatu Mariusa von Mayenburga. Reżyserowała Anna Augustynowicz. Tym razem teatr wziął pod lupę nieszczęście, jakie gotują sobie wzajem ludzie. Scenografia była wręcz sterylna, postaci nie miały się gdzie ukryć. Pomiędzy siedzącymi naprzeciw siebie widzami ustawiono system podestów; wszystko oświetlone zostało neonowym światłem, przypominało trochę akwarium czy terrarium, do którego można zajrzeć z każdej strony. Dwie młode pary (plus mężczyzna, który spowodował wypadek drogowy i w konsekwencji - kalectwo jednego z młodych małżonków), dręczyły się nawzajem we wszelkich możliwych konfiguracjach. Wydawało się, że miłość zastąpiła wzajemna udręka, znęcanie się nad partnerami. Nawet poświęcenie wkrótce przekształcało się w mękę i samozakłamanie. Próby ocalenia choć szczypty miłości, każdy gest ciepła, odbijały się o wrogość i nastroszenie drugiej osoby. Każdy celebrował własne cierpienie, a najlepiej było to robić, zadając cierpienia innym. Jednak ci młodzi ludzie, krzywdząc się, zarówno fizycznie jak i duchowo (jeśli to słowo w przedstawionym tu świecie ma jeszcze jakikolwiek sens) nie potrafili zarazem obyć się bez siebie. Ten spektakl mnie poraził - i myślę, że tak miał w założeniu działać. Ale wywołał jedynie przygnębienie, smutek. Teatralnie ten świat bez krzty uśmiechu, krzty ciepła, mógł funkcjonować. Ale czy umiem przełożyć go na rzeczywistość? Mimo zapewnień części współczesnej krytyki, że nowy brutalizm odsłania prawdziwe oblicze naszych czasów, że mówi o nas bez samocenzury, nie potrafię się z tym zgodzić. Jest raczej odwrotnie - to ocenzurowany świat, któremu amputowano uśmiech, miłość i wszelkie wyższe dążenia i uczucia, nawet możliwość prostej rozmowy, słuchania się wzajem. Czyli po prostu świat z probówki, świat w akwarium. Problemy Romea i Julii czy Klary wydawały mi się o wiele bliższe i bardziej przejmujące, bardziej skomplikowane, niż sprawy tych okaleczonych postaci. Wydestylowana samotność drażniła nieprawdą. Jednak mimo to działała na widza piorunująco (nieprzyjemnie).

Krańcowo odmienne spojrzenie na świat dał spektakl według dramatu Grigorija Korina Kadisz, w reżyserii Remigiusza Brzyka w wykonaniu Teatru Nowego w Łodzi. Spektakl został bardzo ciepło przyjęty zarówno przez jury, jak i przez publiczność. Teatr Nowy otrzymał nagrodę zespołową a Andrzej Wichrowski za rolę Tewjego Mleczarza - główną nagrodę aktorską, wyróżniona została Katarzyna Krzanowska za rolę Cejtł. Któż nie zna Skrzypka na dachu według Szolema Alejchema? Sztuka Gorina opowiada właściwie tę samą historię. Reżyserowi udało się bardzo subtelnie balansować między ukazaniem niedoli żydowskiego mleczarza, cierpieniem, kolejnymi upokorzeniami a radością życia i - wbrew nieszczęściom - próbą przywracania światu celowości. Wszystkiemu nadawała sens prosta mądrość Tewjego i jego żony, łącząca wadzenie się z Bogiem z miłością do rodziny i świata. Tewje potrafi złamać słowo, gdy chodzi o szczęście jego córki, ale potrafi też wyrzec się córki, gdy ta porzuca imię i wiarę. Jednak miłość i przebaczenie w końcu zawsze znajdują tu miejsce. Spektakl Teatru Nowego do doskonały przykład możliwości gry zespołowej. Brzyk potrafi umiejętnie komponować sceny zbiorowe, przechodzić od wielkich scen do kameralnych ujęć. Spektakl angażujący kilkudziesięcioosobowy zespół aktorów ni na moment nie gubi tempa. Można oczywiście zarzucać mu zbytnie uładzenie obrazu świata i historii, pewną baśniowość opowieści. Ale subtelne i wieloznaczne prowadzenie aktorów i umiejętność opowiadania sprawiły, ze dramat ten nabrał wieloznaczności i głębi. Potrafił ukazać rozdarcie i rozpacz, a z drugiej strony - nadzieję i miłość.

Środa

Ostatniego dnia festiwalu w ramach konkursu pokazano aż trzy spektakle. Najpierw do auli uniwersytetu przeniesiono głośne widowisko Teatru Dramatycznego im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy Ballada o Zakaczawiu, spektakl znany już w całej Polsce, zarejestrowany przez Teatr Telewizji, jego reżyser Jacek Głomb otrzymał Nagrodę Swinarskiego. W Legnicy przedstawienie grane jest w starym kinie Kolejarz, właśnie w dzielnicy Zakaczawie. Zakaczawia przenieść się nie da, więc podczas każdej pozalegnickiej prezentacji do pewnego stopnia gubi się kontekst. Na dodatek za każdym razem inaczej trzeba komponować przestrzeń, dostosowując widowisko do innej sali, co często (jak w tym wypadku) nie wychodzi przedstawieniu na korzyść. Urok spektaklu polega na tym, że opowiada o społeczności lokalnej, o dzielnicy, obejmując całą jej powojenną historię. Trudno więc szukać pośród kilkudziesięciu przewijających się postaci jakichś wybijających się ról. Jednak prezentacja na festiwalu sztuki aktorskiej miała swoje plusy - ukazała siłę pomysłowości, pasji i zespołowości. Teatr legnicki wywiózł z Kalisza dwa wyróżnienia: Przemysław Bluszcz został dostrzeżony w roli Benka Cygana, Małgorzata Urbańska - w roli Nataszy Tierieżkowej.

Opowiedzieć o dzielnicy trudno. Spektakl według scenariusza Macieja Kowalewskiego, Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki to nieco sentymentalna, ale zarazem trzymająca w napięciu wyidealizowana - jak zaznaczono w tytule - ballada. Rozgrywa się w środowisku złodziei, którzy jednak posiadają swój honorowy kodeks, opowiada o przyjaźni, o więziach międzyludzkich, o koleżeństwie. Zakończenie jednak wcale nie napawa optymizmem. Spektakl kończy się stypą po Benku (przywódcy złodziejaszków) oraz wspominaniem tutejszych zmarłych. Za stołem zasiedli prawie wszyscy, zapalili, jak w Popiele i diamencie, bimber w kieliszkach. W dzielnicy wiele się jednak zmieniło, przestał obowiązywać jakikolwiek kodeks - nagle przestępcy, handlarze narkotyków i bezwzględni zabójcy odchodzą zdecydowanie od stołu, mówiąc, "my jeszcze żyjemy". Wyidealizowana nieco opowieść o dzielnicy niesie wiele uproszczeń, łagodzi wiele krzywd, upraszcza wiele spraw. Jednak w głębi czai się przesłanie, że gdziekolwiek się żyje, człowiek stara się kochać, oddychać pełną piersią, żartować, cieszyć się nawet z prostych spraw. A wspomnienia po latach zawsze gloryfikują przeszłość, która przecież na prawdę nie była ani tak kolorowa, ani tak ciekawa.

Prawem kontrastu, następną propozycję stanowiło przedstawienie kameralne, wygrywające niuanse i psychologiczne zawikłania akcji. Królową piękności z Leenane Martina McDonagha w reżyserii Roberta Glińskiego pokazał Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego z Poznania. Gdzieś na irlandzkiej prowincji mieszkają matka i córka. Wracająca do domu córka (mająca może koło czterdziestki) opryskliwie odnosi się do matki, nie chce podać jej jedzenia. Początkowo wydaje się, że jest po prostu bezinteresownie złośliwa. Ale zaraz okazuje się, że cała relacja między kobietami jest chora. Matka ze wszystkich sił chce, by córka pozostała przy niej, nie bacząc na cenę, niszcząc możliwość jej szczęścia, uniemożliwiając miłość, która nagle zaczęła się rodzić. Córka w rewanżu znęca się nad matką, a w końcu, dowiedziawszy się, że zniszczyła ona list od mężczyzny, który chciał, by wyjechała z nim do Ameryki, zabija ją. Ale to już niczego nie może zmienić. Gdy na koniec przyjdzie sąsiad, córka zachowa się dokładnie tak, jak wcześniej matka, będzie powtarzać jej gesty. Tyle że już nie będzie miała kogo dręczyć - pozostanie samotna. Bardzo przejmująco zagrała tę rolę Daniela Popławska (laureatka nagrody aktorskiej). Było w niej wiele marzeń, a zarazem ogromne przytłoczenie rzeczywistością, było wielkie oczekiwanie na miłość i pragnienie wyrwania się z domu, a zarazem okrucieństwo. A to wszystko połączone z surowością, jaką nadaje charakterom twarde życie na prowincji. Interesującą rolę, choć nie tak wieloznaczną i zagadkową, zbudowała też Krystyna Feldman, grająca matkę.

Ostatnim przedstawieniem przeglądu była Matka Joanna od Aniołów według Jarosława Iwaszkiewicza w reżyserii Marka Fiedora, w wykonaniu Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Przedstawienie to miesiąc wcześniej zdobyło Grand Prix na festiwalu Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Polska". W Kaliszu jury przyznało mu nagrodę zespołową, zaś Przemysław Kozłowski otrzymał wyróżnienie za rolę Ojca Suryna.

Spektakl opowiada o opętaniu. W żeńskim klasztorze mniszki, a zwłaszcza ich przełożoną, matkę Joannę od Aniołów, opętały demony. Zbiegają tam ludzie na dziwowisko, zaś księża nie mogą wygnać złych sił. Spektakl jest bardzo ciekawie poprowadzony plastycznie - widzowie siedzą po dwóch stronach sceny, zaś akcja toczy się na mokrej glinie i przesuwanych nad nią podestach. Z jednej strony ten prosty zabieg doskonale oddaje klimat wiejskich procesji, gdy panny beznadziejnie starają się nie zabrudzić bucika, z drugiej - służą do oddania duchowego brudu (gdy Suryn, opętany przez demony, tarza się w mokrym błocie). Reżyser bardzo odważnie miesza rzeczywistość liturgii i teatru. Na scenie pokazywany jest obszerny, przejmująco zainscenizowany fragment obrzędu egzorcyzmów. A w kontraście dosadne i żywiołowe rodzajowe sceny wiejskie (pośród nich brawurowa scena upijania mniszki). W mrocznej tonacji łączą się sprawy liturgii, opętania i przyziemne ciała, dosadnego humoru, pijatyk, prostactwa. Fiedor bardzo umiejętnie dozuje napięcie. Młody ksiądz przejmuje demony od Joanny. Wszystko wydaje się wtedy zmieszane, niejasne, łączy się namiętność ciała i boleść duszy. Demony okazują się mocno związane z obiema dziedzinami, coraz trudniej dociec, czy są niezależne, czy wynikają z popędów, rodzą się w człowieku. Jednak o ich pozaludzkim pochodzeniu przekonuje obecność szatana, przemyślne pojawiającego się w przeróżnych postaciach: to jako dziewczynka w pierwszokomunijnej sukience, to jako pomocnik cadyka, to jako Cyganka, wreszcie - jako postać wyłaniająca się z łóżka w celi Suryna. Końcowe kuszenie szatana jest proste: jeśli nie wykonasz polecenia, demony, które wziąłeś na siebie, wrócą do Joanny. Suryn przegrywa podwójnie, poddaje się kuszeniu, ulega: zabija. A logika diabła jest inna, nie leży w niej dotrzymywanie słowa, demony i tak powracają do Joanny. Spektakl jest przykładem harmonijnego połączenia urody plastycznej i dbałości o aktorstwo. Opolski zespół przejmująco buduje sceny zbiorowe, aktorzy doskonale się rozumieją. Doskonale też utrzymane jest tempo spektaklu, przechodząc płynnie od wielkich wystylizowanych scen - jak procesja z chorągwiami, do kameralnych ujęć (wspaniała scena u cadyka).

*****

Chyba już dawno podczas festiwalu polskich teatrów nie spotkało się tak wiele udanych spektakli. Na dodatek tak różnorodnych i często bardzo oryginalnych. Domyślam się, że wybierając przedstawienia do konkursu kierowano się przede wszystkim ich jakością. I ten pomysł na dobry festiwal nieco osłabiło chybione nieco przyznanie Grand Prix. Nie dostał go żaden z aktorów grających w najlepszych spektaklach: Romeo i Julia, Przypadek Klary, Kadisz, Matka Joanna od Aniołów czy kameralnych Podróż do Buenos Aires, Królowej piękności z Leenane. Wybrano spektakl dosyć przeciętny, nawet nie zgłaszający zbytnich pretensji do miana artystycznego wydarzenia, lecz za to obsadzony gwiazdą. Dobra rola (bo nie sposób zaprzeczyć, że Zapasiewicz grał dobrze) wygrała z dobrym teatrem. Szkoda.

Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst