Inny teatr
Tadeusz Kornaś
Konfrontacje Teatralne - Lublin 2001
Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst
Hamlet i inni

Pomysł zapraszania na jedną imprezę teatrów repertuarowych i alternatywnych nie jest nowy. Według tej zasady przygotowywany jest też program Konfrontacji Teatralnych w Lublinie. W tym roku festiwal został zdominowany przez jedno tylko przedstawienie: Hamleta Teatru Meno Fortas z Litwy w reżyserii Eimuntasa Nekrosiusa. Większość spektakli wypadła przy tym gigancie tak blado, że niekiedy aż trudno wygrzebać o nich z pamięci jakieś wspomnienie. Hamleta pokazano na końcu - i to chyba dobry pomysł, bo inaczej osoby bezceremonialnie wychodzące z sal w trakcie festiwalowych spektakli można by pewnie liczyć na dziesiątki.

Na festiwal składają się dwie odrębne imprezy. Główny nurt festiwalowego życia pozostaje w Lublinie, natomiast w Gardzienicach trwają off-Konfrontacje, animowane przez uczestników Akademii Praktyk Teatralnych, prowadzonej przez zespół Włodzimierza Staniewskiego. Nie sposób pogodzić tych dwóch imprez. Trzeba wybierać. Swój czas poświęciłem na oglądanie przedstawień programu głównego. Jedynie pierwszego dnia wybrałem się do Gardzienic, aby obejrzeć spektakl będący owocem pracy Krzysztofa Miklaszewskiego z uczestnikami kursu Akademii. Tytuł - Sceny z "Umarłej klasy" - brzmiał dosyć prowokacyjnie. Czyżby Miklaszewski chciał zmierzyć się z dziełem swego mistrza - Tadeusza Kantora, u którego wiele lat był aktorem? Miklaszewski zasugerował w programie, że "Kantor miał... Metodę. Metodę bardzo jasną i precyzyjną, której nigdy nie ujawnił, wykrzykując na konferencjach prasowych, że szkoła własna go nie interesuje, bo szkoła to On Sam. Jego Wyobraźnia, Jego Podświadomość, Jego gra z... Przypadkiem". Miklaszewski zaczął więc pracować z młodymi uczestnikami zajęć według owej "Metody". Spektakl polegał na naśladowaniu grymasów z pierwowzoru. Reżyser zrezygnował z użycia manekinów, brakło atmosfery przytłoczenia śmiercią i balansowania na granicy dzielącej (czy raczej łączącej) świat żywych i umarłych. Pozostały koślawe szkolne gagi. Czasem, przyznać trzeba, bardzo zabawne. Kolorowe pochody, punk w wychodku... Brakowało jednak rytmu i sensu. Szkoda, bo kilka osób z zespołu ujawniło spore możliwości aktorskie, tworząc świetne etiudy. Ale co innego etiuda, co innego spektakl.

Wyjeżdżając po spektaklu z Gardzienic pomyślałem, że przecież, gdy zespół Staniewskiego zaczynał pracę, tworzyli go ludzie w wieku osób występujących w Scenach z "Umarłej klasy" a nawet młodsi. Może nie było wtedy jeszcze "Metody", ale był zapał, żywioł, szczerość, wspólna radość tworzenia. Teraz to, co obejrzałem, wydało mi się smutne: młodzi ludzie wykonywali polecenia instruktora, poddawali się "Metodzie" wierząc, że poświęcają się wysokiej sprawie. Ale ten spektakl, czy raczej etiudy na siłę związane w spektakl, wyglądał, jakby był nie ich, a wyłącznie Miklaszewskiego.

Kolejny zawód - już w głównym programie festiwalu - sprawiło przedstawienie Entartete Kunst Ingmara Villqista, wyreżyserowane przez autora, przywiezione przez Teatr Polski z Poznania. Spektakl był po prostu kiepski. Nadmiar umownych sytuacji - czyli takich, które mają kryć pod powierzchnią jakąś możliwą do przeczucia tajemnicę - powodował, że żadne uczucie, żadne napięcia międzyludzkie nie mogły zaintrygować widzów. Tam, gdzie miała być przeczuwana tajemnica (niedopowiedzenia stwarzały aż nazbyt czytelny zabieg wymuszania na widzach "przeczuwania"), aktorskie komplikacje zahaczały o banał. Scena zbierania gwiazd przez chłopca i łatwość z jaką oprawca poddaje się tej grze, odebrałem jako sentymentalny kicz. Teatr "z głowy i papieru" nie dawał szans na stworzenie dobrego przedstawienia. Ciekawe momenty nie były w stanie zatuszować pustki całości. Miałem wrażenie, jakby Villqist napisał ten dramat po to, by jego bohaterowie mogli wygłosić kilka sentencji. Od tego przedstawienia zacząłem zwracać uwagę, ile osób wychodzi w trakcie poszczególnych spektakli. Tym razem było to ledwie kilka. Później ucieczki stawały się coraz bardziej masowe.

Trzeci spektakl, który widziałem tego wieczoru, to Pomiędzy Stowarzyszenia Mandala z Krakowa. Zawsze lubiłem przedstawienia Andrzeja Sadowskiego, który umiejętnie wykorzystuje napięcie między teatralnością a rzeczywistością, umieszczając spektakl dodatkowo w autoironicznym nawiasie. Sadowski wręcz prywatnie komentuje to, co dzieje się na scenie, również swoją obecność. W spektaklu Pomiędzy to balansowanie okazało się niezwykle owocne dramaturgicznie. Andrzej Sadowski, nie opuszczając prawej strony sceny, opowiada pełną przedziwnych przeszkód i zbiegów okoliczności historię, o tym, jak wybrał się do Bułgarii, by pomóc wydostać się stamtąd do Wielkiej Brytanii bułgarskiej dziewczynie. Ale z powodu spiętrzenia absurdalnych zdarzeń nie udało mu się jej na czas odnaleźć, a to spóźnienie miało tragiczne następstwa: dziewczyna popełniła samobójstwo. Po lewej stronie sceny ta opowieść kontrapunktowana była sytuacjami z życia bułgarskiego małżeństwa. Związku naznaczonego wzajemnym niezrozumieniem, przytłoczonego obsesyjną potrzebą wyrwania się każdego z partnerów do Londynu. Centralny punkt sceny zajmował ekran, na którym wyświetlane były nagrywane "z ręki" dokumentalne, chaotyczne obrazy z życia ulicy wielkiego miasta a także rozgrywane w konwencji teatru cieni sceny, ilustrujące opowieść Sadowskiego. Ten przypadkowy obraz nadawał nerwowości przedstawianym zdarzeniom, wzmacniając zarazem poczucie realności. Właśnie balansowanie na granicy realności było najciekawszym elementem tego przedstawienia. Sadowski mówił wprost do widzów. Natychmiast odczuwało się, że nie jest to wyuczona rola. Od pewnego momentu zacząłem zadawać sobie pytanie, czy jest to historia prawdziwa. Zderzenie kilku poetyk, autokomentarz do zdarzeń, ironia wobec siebie - wszystko to sprawiało, że mieszanina tworzyła bardzo wiarygodną opowieść.

Drugi dzień rozpoczął monodram Margo Lee Sherman, amerykańskiej aktorki związanej wcześniej z legendarnymi zespołami Living Theatre, Open Theatre i Bread and Puppet Theatre. Monodram rozpoczął się z dużym opóźnieniem, złożyły się nań trzy opowieści związane ze sprawami codziennego życia. Niestety, przedstawienie miało przerwę, i znaczna część widzów, by zdążyć na następny spektakl, po prostu uciekła.

Teatr Provisorium i Kompania "Teatr" z Lublina przygotowały premierowe Sceny z życia Mitteleuropy według Niepokojów wychowanka Törlessa Roberta Musila w reżyserii Janusza Opryńskiego i Witolda Mazurkiewicza. Poprzedni ich spektakl - Ferdydurke - objechał cały świat, wiele najważniejszych festiwali, zbierając nagrody i pochwały. Stąd atmosfera napięcia i oczekiwania na wydarzenie. Jednak Sceny z życia Mitteleuropy zawiodły. Twórcy nie potrafili (a może nie chcieli) wyjść poza formę, która przyniosła im sukces w Ferdydurke. Postawili na sprośność, stłoczenie ciał na scenie, dosadność gry, niewybredne dowcipy. W konfrontacji z mroczną historią przyniosło to przedziwny stop, który ani nie przejmował dreszczem grozy, ani nie śmieszył, ani nie dawał pretekstu do głębszych przemyśleń. Nawet, w zamierzeniu prowokacyjna, scena przyjmowania komunii, trawienia jej, a potem wydalania, nie wzbudziła oburzenia czy sprzeciwu, lecz rozpłynęła się w nieustannej rubaszności i wywoływała co najwyżej zażenowanie. Najbardziej drażnił jednolity rytm, przez co przedstawienie stawało się nazbyt manieryczne i ciężkie.

Ostatnie przedstawienie tego dnia to Salomea Rusiecka Brzeskiego Teatru Dramatu i Muzyki z Białorusi, w reżyserii Andreja Bakirowa. Spektakl dosyć tradycyjny (by nie powiedzieć: przestarzały) w formie, deklarujący wiarę w miłość na przekór wszystkiemu, opowiadający historię uczuciowych niedoli tytułowej bohaterki, zajmującej się leczeniem chorób innych. Kolejni mężowie porzucają Salomeę, doprowadzają do nędzy, katują, odbierają dzieci. Natomiast jej pacjentka, młoda dziewczyna, przy jej pomocy i wsparciu, znajduje miłosne spełnienie - po pokonaniu licznych przeszkód może poślubić ukochanego. Lecz reżyser zaprawia ten happy end goryczą (za zasłoną pojawiają się postacie byłych mężów Solomei, jakby wieszcząc młodym los). Historia prosta, miejscami trochę ckliwa, przeprowadzona czytelnymi środkami artystycznymi. Wychodziło sporo osób.

Trzeci dzień festiwalu rozpoczął się od kolejnego przedstawienia białoruskiego. Narodowy Teatr Akademicki im. Janki Kupały przedstawił historię Tristana i Izoldy spisaną przez Siarhieja Kawalou, który oparł się na XVI-wiecznym starobiałoruskim romansie rycerskim Tryszczan - jedynej w literaturze Słowian prozatorskiej wersji tej historii. Komplikacje są tutaj inne niż w historii skompilowanej przez Badiera: przed wypiciem miłosnego trunku Izolda kocha Tristana, bez wzajemności. W końcu, gdy wypiją inny napój, uwalniający ich od czarów, okaże się, że Tristan natychmiast zapomniał nawet imienia swej kochanki, Izolda pozostała zaś wciąż pełna miłości. Z Tristanem do końca pozostała służąca Izoldy - Braginia. Spektakl czarował dziwną prostotą gry i bezpretensjonalnością aktorów. Niektóre środki aktorskie wydawały się banalne, a jednak młodzi aktorzy witalnością i uśmiechem potrafili je uwiarygodnić. Było to połączenie teatru, którego forma wydaje się już przebrzmiała z przedziwną szczerością, promiennością wykonawców, udzielającą się również widzom. Z pewnością nie był to teatr alternatywny; pokazano nadzwyczaj prostą historię, która choć czasami ocierała się o sentymentalizm, kryła w głębi tragedię. Po dwóch przedstawieniach z Białorusi można było odnieść wrażenie, że motywem dominującym tamtejszej sztuki jest miłość.

Kolejne przedstawienie tego wieczoru pokazał Teatr Cinema z Michałowic. Spektakle tej grupy zawsze dzielą publiczność na przeciwników i zwolenników - nie ma właściwie osób obojętnych. Należę do drugiej grupy, i wcale mnie nie zrażały hałasy licznie wychodzących osób. Spektakl Miałem taki sen na swój użytek nazwałem "porami roku" lub "ogrodnictwem". Wszystko toczyło się bez słów, w leniwym tempie. Postaci ubrane w czarne, "pogrzebowe" garnitury, w melonikach, odprawiały przedziwne rytuały, opiekowały się grządkami, opalały się w nieistniejącym słońcu. Gesty podpatrzone u prostych ludzi, uprawiających warzywa na podmiejskich działkach, przeniesione w obręb spektaklu niepomiernie śmieszyły. Lecz rzadko był to głośny śmiech, raczej wewnętrzne poczucie irracjonalnej radości. Powtarzalność, cykliczność sytuacji nabierała "rytualnego" rytmu. Codzienne, zwyczajne zachowania zmieniały się w rodzaj tańca. Czasami ciągnącego się w nieskończoność, obsesyjnego. Na przykład połykanie przez jednego z mężczyzn malowanej kredą na tablicy linii albo niekończące się przemarsze z sankami. Czasem sceny odwoływały się do pamięci dzieciństwa, gdy wszystko stawało się lunaparkiem (do tablicy przymocowano trzyrękie i trzynogie maszyny obracane na korbkę). Muzyka nadawała scenom ciepły żartobliwy nastrój. Przedstawienie oddziałało na mnie wręcz terapeutycznie. Odpoczywałem, sycąc się precyzją w doborze rytmów, barw, muzyki, absurdalnym poczuciem humoru, połączonym z wnikliwą obserwacją natury i zachowań człowieka.

Za to kolejny spektakl po prostu mnie zdenerwował. Czworo amatorów z Irlandii przedstawiło wiązankę skeczy. Nieporadność, wręcz niechlujność sceniczna, wulgarność i żerowanie na pop kulturze, a właściwie na jej odpadach, powodowało, że spektakl stawał się sam w sobie głośną kupą odpadków. W pewnym momencie, równocześnie wyszło kilkadziesiąt osób, w tym i ja - jedyny raz podczas tego festiwalu.

Tego wieczoru czekało mnie jeszcze jedno przedstawienie. Teatr Okno z Supraśla pokazał Romans Perlimplina i Belisy według Federica Garcii Lorki, w konwencji teatru cieni. W "oknie" o rozmiarach mniej więcej metr na metr opowiedziano bardzo zabawnie miłosną historię. Niekiedy animowane obrazy zaskakiwały pomysłowością i dowcipem (czasem ocierającym się o granice dobrego smaku - na przykład, gdy ukazując same stopy, animatorzy przedstawili miłosne marzenia Belisy). Starannie i pomysłowo kształtowanym obrazom towarzyszyły bardzo śmieszne dialogi płynące z offu.

Maski i miejsca Teatru z Lublina to dosyć typowy przykład teatru poetyckiego. W ciemnej sali jarzyły się lampy, połączone systemem przewodów. Ten sam system odmalowany był również na podłodze. Widzowie porozsadzani zostali na krzesłach rozrzuconych po całym polu gry. Na kilku podestach stali aktorzy z upudrowanymi twarzami, ubrani na biało. Mówili wiersze Leszka Bojanowskiego, poczym, najpierw pojedynczo, później w kilka osób przemieszczali się od podestu do podestu według owego wykreślonego systemu linii, poddając się rytmowi elektronicznej muzyki. Gdy mówili wiersze, na ich twarzach pojawiał się grymas, jak maska. Po kolejnej rundzie wierszy uwalniali się od grymasu, ścierając z twarzy puder. W tej grze z poezją było sporo jednostajności, która, podbudowana muzyką, w końcu stworzyła dziwny, wibrujący nastrój. Lecz nadmiar słów, nadmiar wierszy, jednolity rytm, po pewnym czasie odciągnęły moją uwagę od treści. A spektakl trwał i trwał, słowa płynęły i płynęły. Po trzydziestu minutach marzyłem już tylko o końcu, o uwolnieniu się od słuchania potoku słów, który zatracił dla mnie znaczenia i zmienił się w celebrowany bez końca nastrój.

Kolejny spektakl dał wytchnienie. W Całunie Sceny Plastycznej KUL nie pada ani jedno słowo. Spektakl rozgrywa się jakby poza perspektywą ludzką, w przestrzeni poza naszą rzeczywistością. Mądzik mówił niegdyś, że stara się dosięgnąć szczeliny między życiem i śmiercią. Ten spektakl rozgrywa się właśnie w owym miejscu, gdzie nie jest istotne dobro i zło, gdzie człowiek jest tylko jedną z możliwości. W jednej ze scen pojawia się mroczny tunel kokonów w kolorze miodu, z których wypadają nagie ciała. Właściwie nie wiadomo, czy rodzące się tutaj do życia, czy raczej zmierzające ku zbawieniu - bo w finale spektaklu ów tunel ku światłu zamyka figura przypominająca Chrystusa w glorii. Lecz czasami niedopracowany szczegół potrafi zburzyć wiele. W pewnej chwili z kokonu wypada dziewczyna w białym biustonoszu... Niby drobna rzecz, ale burzy w zasadzie wszystko. Czyżbyśmy do życia lub do nieba mieli się rodzić w bieliźnie (czemu nie w balowej sukni)?

Na placu zamkowym Teatr Biuro Podróży przedstawił najnowszy spektakl, Rękopis Alfonsa van Worden. Pretekstem literackim był Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego. W sobie właściwy sposób - operując mocno wbijającymi się w pamięć obrazami, Biuro Podróży stworzyło spektakl dotykający problematyki ciągłych przemian, odwagi, gry z przemocą i z rzeczywistością śmierci. Teatr uliczny może opowiadać tylko skrótem, obrazem. I taki był ten spektakl: dynamiczny, żywiołowy, czasem bardzo efektowny (na przykład wirująca płonąca karta tarota, do której rewersu przywiązany był aktor). Można było czerpać przyjemność z oglądania ładnych obrazów: dwugłowego konia, drzewa wisielców czy nietoperzy animowanych przez ubranych w czarne stroje szczudlarzy. Biuro Podróży wie już jak robić, by się podobać, ale spektaklowi zabrakło drapieżności, determinacji. Trudno mi było znaleźć powód, dla którego został zrobiony. Powieść Potockiego prezentowana na placu musiała zostać uproszczona, przekształcona; ale przekładając ją na język teatru nie zaoferowano widzom wystarczająco wiele w zamian.

Pokazany na zakończenie festiwalu Hamlet Williama Szekspira w reżyserii Eimuntasa Nekrosiusa zdecydowanie przyćmił wszystkie festiwalowe spektakle. Reżyser połączył ogień z wodą. Również dosłownie. Dramat Szekspira stał się pretekstem do rozpętania nieprawdopodobnej ilości scenicznych metafor. Ale mimo tego przepychu spektakl nie stawał się zlepkiem wymyślonych scen, lecz niejako powtórnie, na innym już poziomie zlepiał rozbite zwierciadło dramatu w jednolitą stylistycznie całość. To bardzo specyficzny sposób budowania spektaklu, gdy nawet najbardziej niedorzeczne, wydawałoby się, pomysły okazują się niezbędnym elementem konstrukcji. Była to zarazem jedna z bardziej mrocznych historii Hamleta. Już od początku Nekrosius uzmysławia, że przedstawiony świat nie daje szans na zachowanie wolności. Człowiek dostaje się w obszar działania sił, które determinują jego czyny. Stanowią matrycę, w której należy się zmieścić. Nad sceną wisi na łańcuchu wielka piła tarczowa. Z teatralnych niebios sączą się nieprzerwanie strumienie deszczu. W pierwszej scenie można potraktować tę scenografię dosłownie, jako tchnienie mroźnej aury Elsynoru. Ale już wkrótce przestrzeń, podkreślona jeszcze muzyką, okazuje się pejzażem wewnętrznym tego świata. U Nekrosiusa grają wszelkie żywioły. Udręczony Hamlet dobywa sztyletu z rozbitej bryły lodu. Wcześniej mówi monolog, stojąc na niej, zaś z lodowego żyrandolu zawieszonego na pile tarczowej kapie na niego woda. To fizyczna tortura, ale Hamlet z nagim torsem wchodzi jednak w ten strumień chłodu bez przymusu. Kolejne sceny mają zmienne tempa, rytmy. Ale każda jest budowana z ogromną determinacją. Nie ma w tym świecie miejsca na miłość. Hamlet przecież kocha Ofelię, ale w obliczu tak złowrogiego nieba uczucie trzeba zabić. W finałowej scenie Hamlet i Poloniusz walczą rozcinając powietrze. Nie muszą się dotykać, nie muszą się zabijać. Świst powietrza układa się w melodię. To powietrze Elsynoru jest przesycone tragedią. Było to jedno z najlepszych przedstawień teatralnych, jakie widziałem w ostatnich latach.

Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst