Inny teatr
Tadeusz Kornaś
Krakowskie Reminiscencje Teatralne - 1998
Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst
Świat według alternatywnych

Krakowskie Reminiscencje Teatralne odbyły się już po raz 23. Przez cztery dni - od 26 do 29 marca - wystąpiło kilkanaście teatrów określanych mianem alternatywnych, reprezentujących różne kraje, miasta i... pokolenia. Obok zespołów tworzonych przez przedstawicieli pokolenia X wystąpili kombatanci ruchu młodego teatru zaczynający jeszcze w latach siedemdziesiątych. Obok nieporadnych warsztatowo, aktorsko i reżysersko przedstawień, zobaczyliśmy spektakle operujące świadomie i umiejętnie materią teatralną.

Oglądając dzień po dniu po kilka przedstawień - bardzo różnorodnych estetycznie i światopoglądowo - zaczęła się wyłaniać z programu festiwalu pewna całość. Dosyć klarownie można było rozpoznać co młodzi (i nieco starsi) myślą o świecie i swoim w nim miejscu. Pomimo, że niektóre obszary rzeczywistości były interpretowane przez różne zespoły inaczej, jednak charakter zadawanych pytań wskazywał, co najbardziej nurtuje dzisiaj alternatywnych.

W mitycznych już dla młodego teatru latach siedemdziesiątych problemem przytłaczającym większość tworzonych spektakli była polityka, miejsce jednostki w społeczeństwie. Pomimo sporej różnorodności postaw, był to teatr, który można nazwać zaangażowanym. Jednostka walcząca o prawo do skrajnej wolności, była zarazem wtłoczona w kontekst odpowiedzialności za dobro wspólne, za budowanie alternatywnego świata opartego, pomimo wątków anarchicznych, jednak na wartościach.

Po przejściowym okresie marazmu i rozbicia środowiska, sięgającego do początku lat dziewięćdziesiątych, dzisiaj teatr alternatywny znów zaczął mówić wspólnym, paradoksalnie, głosem. Paradoks polega na tym, że niektóre poetyki, formy wypowiedzi teatrów, są wobec siebie wręcz opozycyjne, nawet światopogląd zespołów wydaje się odmienny. Tak więc, ów wspólny głos pokolenia (pokoleń) trzeba usłyszeć z chaosu.

Nim zaczął się festiwal, otrzymałem jego katalog. Zadziwiający (redakcja: Łukasz Drewniak, projekt graficzny: Anna Fudyma). W tym programie wszystko miesza się ze wszystkim. Szczątki reklam zmieszane są z biblijnymi cytatami z Księgi Mądrości, materiały przysłane przez zespoły "wzbogacone" są o kojarzące się z tematem cytaty z pism kobiecych... Możemy poczytać jak dziewczęta powinny badać piersi, możemy obejrzeć zdjęcia plemników podążających w stronę komórki jajowej. A dalej poczytać świętego Augustyna, "Cosmopolitan" i Leszka Mądzika. Po trzy, cztery zdania, oczywiście. Po prostu szalona papka kultury masowej. Ale, uwaga! Z tego pomieszania, z tej rzeczywistości kultury namiastek, też można wyczytać komunikat. Teatr alternatywny okazuje się nieodrodnym dzieckiem wieku. Tak jak w katalogu, tak i w spektaklach trzeba się nauczyć poruszać pośród chaosu informacji. Za strzępów, fragmentów, sieczki znaczeń i wartości trzeba budować (na własną odpowiedzialność) całość. Chaos zmusza przecież także do wyboru i interpretacji.

Najbardziej głośny (dosłownie) był nurt wykorzystujący elementy estetyki techno. Komuna Otwock w multimedialnym zdarzeniu bez tytułu wprost zadała widzom kilka fundamentalnych pytań. Do wtóru głośnej muzyki techno, na dwóch ekranach wyświetlane były czarno-białe slajdy; tak jak muzyka: natarczywe, ekspresyjne, niepokojące, zmieniające się co chwila. Pojawiały się pośród nich pytania (czy jesteś szczęśliwy? co ci przeszkadza w życiu?...) i krótkie hasła mogące sugerować możliwe odpowiedzi. Pojawiały się też zdjęcia: industrialne pejzaże obok papieża, to znów popadający w trans tancerze na Bali obok abstrakcyjnych, geometrycznych konstrukcji. Skojarzenia goniły skojarzenia. Przed ekranami młodzi ludzie prezentowali krótkie narracje plastyczne, w zasadzie odnoszące się do zadawanych pytań, lecz nie sugerujące żadnych odpowiedzi. Podczas jednej ze scen zdawało się, że wreszcie widzowie poznają preferencje wyborów twórców widowiska. Padło pytanie "co wpływa na twoje decyzje?". Na krześle, jak do przesłuchania, usiadła dziewczyna. Chłopak wnosił napisane na tabliczkach kolejne odpowiedzi. "Kariera" - dziewczyna kiwnęła głową przecząco. Hasło zawieszone zostało na tyczce trzymanej przez stojącą po prawej stronie (patrząc od widowni) dziewczynę. "Strach" - kiwnięcie na tak, i tablica powędrowała na lewo, na tyczkę trzymaną przez chłopaka. Na lewo powędrowały jeszcze "uczucia" i "Bóg", na prawo "wiedza" i "pieniądze". Wydaje się, że wybór został dokonany. Lecz - nie. Oto dziewczyna, która udzielała odpowiedzi podchodzi najpierw do chłopaka po lewej, całuje go. Teraz przechodzi na prawo do dziewczyny, znów namiętny pocałunek. Wcześniejszy wybór zostaje radykalnie zakwestionowany. Czy był on wyborem serio, czy też tylko grą wobec nas na widowni? W innej scenie widowiska Komuna Otwock próbuje odnieść się do rzeczywistości społecznej. Wnoszone są namalowane na białym papierze symbole: krzyż, znaki hippiesów i punków, gwiazda Dawida, swastyka i jeszcze kilka innych. Każdy znak zostaje przecinany nożycami; jedna część rzucana ku widowni, druga sklejana w przedziwny kolaż łączący wszystko. Na koniec ów kolaż podniesiony zostaje przed oczy widzów, jakby młodzi ludzie mówili: patrzcie, oto nasz, wasz rozbity świat. Twórców Komuny Otwock, jak sami twierdzą, nie interesują nasze odpowiedzi ("Twoja odpowiedź to Twoje szczęście albo smutek" - napisali w programie). Świat współczesny jest coraz bardziej osobny, każdy, zdaniem twórców przedstawienia powinien zadawać pytania tylko w sobie. Lecz czyżby każda odpowiedź była równie uprawniona? - można ich zapytać. Jednak, mimo wszystko, zadawanie pytań na pewno jest już wartością. Zwłaszcza, że młodzi ludzie z Komuny Otwock zadają je z determinacją i żarliwością. Ba, jako zespół starają się nawet przemieniać je w życie, organizując choćby różnorakie akcje ekologiczne.

Drugie techno-zdarzenie zaprezentowała Radykalna Frakcja Medialna Mazut ze Żnina. Cyklotron na pewno nie był przyjemną rozrywką na wieczór. Rozpoczęło się w ciemności. Ogłuszający huk ogromnie mrocznego techno przytłaczał bez wytchnienia. Na odgrodzonym metalowymi barierkami, wysokim może na metr długim wybiegu znalazła się trójka młodych mężczyzn. Dwóch z nich w czarnych garniturach, przemocą wcisnęło w krzesło trzeciego. Na oczy założyli mu nie przepuszczające światła okulary. Maszynką, z wielką agresją, zaczęli golić mu głowę. W chwilę później, gdy ten leżał już na wybiegu, porozcinali i pozdzierali z niego ubranie. Zaczęli owijać go w plastikową folię, wtłaczając w nią jakieś resztki reklam i produktów. Między folię powtykali na ręce i nogi ofiary metalowe części telewizyjnych anten. Miotający się mężczyzna wyglądał wręcz jak nie człowiek lecz industrialny golem. Wreszcie wyczerpany człowiek-śmietnik padł bez ruchu. Oprawcy, zdzierając z jego ust kawałek folii, poczęstowali go lizakiem. Później oblali mazutem - gęstą, łatwopalną mazią. Jeden z nich zapalił zapalniczkę. Po chwili wahania zrezygnował jednak z podpalenia. Leżący człowiek był już tylko zupełnie odhumanizowanym odpadem cywilizacji. Cyklotron Mazutu trudno w ogóle oceniać w kategoriach teatralnych. Mroczność i pesymizm tego zdarzenia były przejmujące. Lecz, czy to była diagnoza czy przestroga trudno rozstrzygnąć. I w tym przypadku techno-twórcy nie ustosunkowali się do własnego komunikatu. Można pomyśleć, że kultura techno właściwie nie wymaga odpowiedzi. Tu każdy jest "panem swojego świata" - jak obwieszczała kiedyś durna reklama jakichś papierosów, rozwieszana na bilboardach. W techno każdy tańczy sam, zamknięty na innych, otwarty na poddawany rytm (czasem rytm nawet dosyć przyjazny - patrz Komuna Otwock, czasem niezwykle mroczny - Mazut). W techno każdy odpowiada w samotności na zadawane pytania. Każda odpowiedź i tak będzie dobra.

Swoistym kontrapunktem do spektaklu Komuny Otwock okazało się niespodziewanie Miasto Studium Teatralnego z Warszawy. Pytania, które stawiają sobie te dwa zespoły są w gruncie rzeczy podobne. Inny trochę jest wybór, jakiego dokonują. Bo Miasto opowiada się za delikatnością, ciepłem. Można odnieść wrażenie, że już sama praca teatralna stanowi dla członków Studium rodzaj azylu. Zaznaczyć trzeba, że pracują pod okiem starszego od siebie Piotra Borowskiego, aktora Gardzienic i uczestnika prac Grotowskiego w Pontederze. Jednak spektakl jest ich - młodych. Wszystkie teksty i zdarzenia zostały przez nich samych zaproponowane. Borowski tylko je układał w teatralną strukturę. Wykorzystane w spektaklu teksty stanowią niezwykły kolaż; od Mickiewicza, poprzez Broniewskiego po Koltesa i wielu jeszcze autorów. Znów więc wielki chaos słów, pojęć. Znów ułomki i cytaty. Tym razem jednak młodzi twórcy spróbowali ułożyć z nich opowieść. A dokładniej, poprzez te słowa dopełnić własną opowieść. O tym jak miasto może zniszczyć wchodzącego w jego przestrzeń wrażliwego człowieka. Jak otwartość może prowadzić do bólu. O matce i wyobrażeniu o matce. Wreszcie o tym, jak można przejść poza granicę zgorszenia i zachować gotowość do lotu. Aktorzy grają w pustej przestrzeni. Z dużą, acz stłumianą ekspresją, dynamicznie. Finałowa scena jest marzeniem o czystości. Wykreowana międzyludzka przestrzeń miasta wewnętrznie pięknieje, rozjaśnia się. Wszystko, co było wcześniej w spektaklu bolesne, trudne, nawet wulgarne, nagle zostaje jak gdyby na nowo przetopione, ukazane raz jeszcze, ale inaczej. Twarze i ciała wszystkich aktorów promieniują ciepłem, ba, pięknieją. To już nie świat pytań, na które każdy powinien odpowiadać w ciszy, lecz próba wspólnego oswajania świata.

W reminiscencyjnych spektaklach prawie zupełnie nieobecne były jakiekolwiek odniesienia wprost do polityki. Z daleka omijano też jakąkolwiek doraźną publicystykę. Wydaje się, że światy sztuki i polityki rozeszły się, nie znajdując już żadnych punktów wspólnych. Młodzi artyści spychają swój stosunek do wydarzeń politycznych w artystyczną podświadomość. Zadają, owszem, pytania dotyczące miejsca człowieka w świecie, ale interesuje ich raczej abstrakcyjna sytuacja współczesności, usytuowana poza wydarzeniami, poza nurtem historii.

Jedynym teatrem, który odwoływał się w jakiejś mierze do polityki była Akademia Ruchu - grupa która wyrosła z nurtu młodego teatru lat siedemdziesiątych, która dojrzewała przeżywając kolejne burzliwe okresy przemian społecznych. Akcja uliczna Pancernik Potiomkin i inne opowiadania prezentowana na placu przed budynkiem Muzeum Narodowego połączyła narrację plastyczną z wykładem, jeśli nie powiedzieć dobitniej - z kazaniem. Płynący z głośników głos objaśniał, jak, zdaniem twórców, powinniśmy interpretować i postrzegać współczesną rzeczywistość, zaś na wielkiej, wyklejonej białymi tapetami przestrzeni placu proste działania odwoływały się do historycznych skojarzeń widzów. Oto - jak w grach wojennych - po białej płaszczyźnie długimi kijami przesuwane były miniatury niebieskich i czerwonych okrętów oraz samolotów. To znów, jakby to były przedmioty służące wyłącznie do przestawiania, przesuwano owymi długimi kijami portrety ludzi znanych ze starych gazet i książek do historii. Ironiczny komentarz do tych wydarzeń stanowił sterowany zdalnie mały samochodzik, który raz po raz wjeżdżał na plac (czyżby po to, by sprawdzić co słychać na świecie?). Na koniec przez mężczyzn i kobiety ubranych w kolorowe stroje przypominające ubiory derwiszów na białym placu wykreślone zostały łatwopalnym prochem chaotyczne kształty i linie, ustawiono też wysokie kolorowe rury. Cały świat zapłonął, zaś z rur, kojarzących się z kominami parostatków buchnęły sztuczne ognie. Na dymami i ogniem rozbrzmiał głos, że Pancernik Potiomkin wciąż płynie przez wieki.

Oglądając jednak pozostałe reminiscencyjne spektakle, można stwierdzić, że żadne zmiany, nie mówić już o rewolucji, się nie szykują. Nikt już poprzez teatr nie zachęca do zmieniania świata. Młodzi ludzie raczej uważają że należy odnajdywać i zagospodarowywać małe enklawy dla siebie. Bunt przestał być możliwy. Można to wyczytać zarówno z agresywnego spektaklu Komuny Otwock, jak i przedstawienia surrealizującego Teatru Cinema. Obszar możliwej wolności wyraźnie pokrywa się z obszarem wewnętrznego świata autorów spektakli, ich bohaterów i... widzów. Każdy ma swoją wolność dla siebie.

Jedną z możliwych odpowiedzi na taką rzeczywistość jest droga ku absurdowi, ku teatrowi poetyckich skojarzeń, ku operującemu plastyką i obrazem teatrowi niedopowiedzeń i przeczuć.

W tym nurcie szczególnie podobało mi się Tak, to tu Teatru Cinema. Od razu muszę uprzedzić, że bynajmniej fascynacja tym przedstawieniem nie była powszechna; wielu moim znajomym spektakl wydał się nudny, wręcz nie do zniesienia. Ale tak już jest z tego rodzaju poetyką, można ją przyjąć lub odrzucić. Teatr Cinema "poszedł na całość". Twórcy z Michałowic przekroczyli daleko granice humoru, zatrzymali się tam, gdy prawdę mówiąc każdy żart przestaje już być śmieszny. Ni razu nie brzmiał wspólny gromki śmiech całej widowni. Tylko co chwila ktoś samotnie parsknął niepowstrzymanym wybuchem, zaś sąsiedzi na sali patrzyli na takiego widza ze zdziwieniem. Ale chwilę później znów ktoś inny krztusił się. Taki to już rodzaj humoru. Ale były też sceny bardzo serio. Spektakl toczył się w beżowej przestrzeni pokojów, które to, gdy przesuwano ściany zwiększały się, mnożyły, znikały. W nich poruszali się mężczyźni w śmiesznych melonikach i niemodnych czarnych garniturach oraz kobiety odziane w czarne suknie. Postaci wnosiły metalowe krzesła, łóżka, korzystały z nich, przestawiały je, wynosiły. W każdym momencie spektaklu oko cieszyła wyrafinowana kompozycja plastyczna, jaką stwarzali swoją obecnością w przestrzeni ludzie i sprzęty. Ale nie w tylko w obrazie kryła się wyjątkowość Tak, to tu. Oniryczne sceny toczyły się długo, leniwie, nie bacząc, że mogą przekroczyć cierpliwość widza wychowanego przecież na telewizji. Jednak nawet w najbardziej, wydawałoby się absurdalnych fragmentach kryły się wzięte z rzeczywistości spostrzeżenia i obserwacje, ważne i wcale nie banalne. Odnosiły się do codziennych, domowych wydarzeń, pozornie błahych, które Cinema odkrywała na nowo, uświadamiając ich najbardziej subtelne i niezauważalne odcienie. Słów padało bardzo niewiele, raczej spektakl mówił poprzez obraz. Sceny przelewały się jedna w drugą. W końcowej sekwencji kilka kobiet w czarnych, długich sukniach, z nieobecnym spojrzeniem, usiadło na metalowych krzesłach vis a vis publiczności. Niczym na obrazach starych mistrzów; były dokładnie w tych miejscach przestrzeni, w których powinny się znaleźć, by stworzyć wrażenie pełni. Raz po raz kobiety, rozchylając kusząco nogi, schylały się by wodzić leniwie ręką po metalowych nogach krzeseł. Czasem rytm ruchu kilku kobiet spotykał się, czasem rozchodził. Wyglądało to jak rodzaj tańca. Rodził się dziwny nastrój, jakbyśmy podglądali intymne rytuały, nasycone czarem leniwego erotyzmu. W drzwiach pojawiła się dziewczyna trzymająca w ręku żółty kwiat. Patrzyła chwilę na kobiety. Odeszła. W chwilę później znów zjawiła się, tym razem w innych drzwiach. Śledziła, trochę z obojętnością, trochę z zainteresowaniem, rytuały, które być może jej jeszcze z racji wieku nie dotyczą.

Całkowicie odmienny rodzaj absurdalnego humoru, może lepiej powiedzieć groteski, emanował ze spektaklu Pijcie ocet, Panowie Teatru Biuro Podróży. Inspiracją była twórczość poetycka Daniła Charmsa - najbardziej znanego z oberiutów. Na początku spektaklu kobieta i mężczyzna z trudem wepchnęli na scenę ogromną książkę. Na jej okładkę, jak na mogiłę sypnęli garść piachu. Ale nagle okładka drgnęła, okazuje się, że wewnątrz książki jest jednak ktoś żywy. Grana na trąbce żałobna melodia, zmieniła się w radosne When the saints go marching in. Znów ożył oberiucki świat. Jedna za drugą płynęły poetyckie szalone opowieści; choćby o tym, jak cegły spadały raz po raz na głowę wychodzącego na zakupy obywatela, który przez to zapomniał kim jest i gdzie mieszka. Kolejne sceny rozgrywane były wokół, wewnątrz, na i pod ową oberiucką książką. Nawet same kraciasto-kolorowe stroje niosły w sobie szarm i urok. Na koniec na świat oberiutów spadła wielka bomba. Lecz, dopóki żyje ich poezja, śmierć przecież ich nie może dotyczć. Wygrzebują się spod namiotu, w jaki przemieniła się książka i w rytmie swingującej melodii powoli odchodzą do oberiuckiego raju.

Trzecia interesująca grupa wykorzystująca nonsens, absurd, gry odległych skojarzeń, jako podstawowy budulec spektaklu, to sanktpetersburski Teatr Axe. Przedstawienie jest serią ciągnących się jeden za drugim, precyzyjnie nanizanych na nitkę czasu obrazów. Przedstawienie Biała kabina zrobione było bardzo sprawnie, oglądało się je z przyjemnością.

Czyżby więc delikatny absurd, wizyjna gra skojarzeń, miały się okazać wkrótce podstawowym nurtem teatralnej alternatywy? Nie dziwi spektakl Teatru Cinema, który od początku konsekwentnie w podobnej poetyce buduje swoje przedstawienia. Ale już zainteresowanie Biura Podróży poezją oberiutów, przyznam, było dla mnie pewnym zaskoczeniem.

Również dosyć blisko "absurdystów", a w każdym razie bliżej niż owych młodych zespołów zadających agresywne pytania, jest jeszcze wiele innych teatrów, które wystąpiły na Reminiscencjach. Na przykład Grupa Chwilowa z Lublina, która zaprezentowała spektakl-koncert Album rodzinny. Już po północy widzowie zasiedli przy kawiarnianych stołach, a wraz z nimi, pośród nich śpiewacy nostalgicznych, prostych piosenek. Czas leniwie biegł na sączeniu piwa i w przyjaznej kawiarnianej atmosferze. Piosenki nie były arcydziełami ani spektakl wybitnym dziełem (nawet można było nie zauważyć, że to spektakl). Ale znów ten koncert uświadomił raz jeszcze, dosyć banalną konstatację, jak ważne jest tworzenie przyjaznych azylów pośród bliskich.

***

Ów podział, który się zarysował - na młodych wrażliwców i estetycznych absurdystów - nie jest oczywiście ani ostry, ani taki jednoznaczny. Przekraczany jest często w obie strony, zaś gros teatrów, nawet na siłę nie dałoby się wcisnąć w żadną z tych kategorii. Teatr alternatywny - tak było zawsze - próbuje badać podstawowe problemy: śmierć, Bóg, samotność, cierpienie, ciało, erotyzm.

Scena Plastyczna KUL w spektaklu Kir, jak zwykle stwarzając wielkiej piękności obrazy, spróbowała się odnieść się do skojarzeń ze strefą pośrednią pomiędzy tym a tamtym światem. Niestety, spektakl, który widziałem w Krakowie miał kilka zgrzytów. Aktorzy nie mieli chyba dość czasu na bezbłędne opanowanie sali, bo kilka razy słychać było upadki ciężkich przedmiotów (a później widać tego konsekwencje). Był drastycznie niedoświetlony (widziałem wcześniej Kir w Lublinie).

Scena Plastyczna dotykała śmierci poprzez skojarzenia, przeczucia, obrazy. Inaczej, bardziej nachalnie, zderzał się ze śmiercią Teatr z Lublina. Trzeci policjant według powieści Flanna O'Brienna to groteskowa historia, w której zaświaty okazują się absurdalnym posterunkiem policyjnym. Niestety, ten spektakl był ogromnie nierówny, pęknięty w połowie, podzielony na kilkudziesięciominutowy fabularyzowany monodram Elżbiety Bojanowskiej opowiadający fakty z życia bohatera i, po przerwie, groteskową wędrówkę bohatera po zaświatach. Owa rzeczywistość po śmierci była dosyć groteskowa. Panowały tam dosyć niezrozumiałe prawa. W spektaklu do wieczności można zjechać windą. Są w niej setki pokojów, ale każdy okazuje się takim samym. Jest tam pusto. Wydaje się, że nie ma zła, dobra ani Boga.

Zresztą Bóg w młodym teatrze ma się w ogóle dosyć kiepsko. Zawędrował wyłącznie w sferę intymnej prywatności, albo, częściej, wcale nie stanowi problemu, po prostu się o nim nie mówi. We wspominanym już spektaklu Komuny Otwock w scenie pytań-odpowiedzi, dziewczyna kiwała głową, że tak, Bóg kieruje jej decyzjami. Poza tym próżno doszukiwać się innych odwołań wprost do Boga. Również sprawy Kościoła jako instytucji i źródła nacisku przestały zajmować teatr alternatywny. A przecież jeszcze kilka lat temu był to bardzo istotny i częsty temat.

Wracając do śmierci. Niezmiernie mocno, ba , czasami wręcz dotykalnie zjawia się jej postać w Autofobii reżyserowanej przez Marcina Libera. W spektaklu tym występuje Teatr Porywacze Ciał i Marcin Liber, który jest członkiem Biura Podróży. Niektórzy widzowie dopatrywali się w tym spektaklu echa rzeczywistej tragedii. Podczas podróży na festiwal w Edynburgu samochód, w którym jechało Biuro Podróży miał wypadek. Zginął wtedy Andrzej Rzepecki. W Autofobii krótkie, niepokojące sceny jakby wybiegały z ciemności naprzeciw widza. Można się poczuć, jak zmęczony kierowca prowadzący samochód. Przytłacza atmosfera nocnej jazdy, takiej między snem, czuwaniem, uważnością i niepokojem. Majaczą jakieś wielkie może na dwa metry opony, znaki drogowe, migają światła, jakby przy drodze zdarzył się wypadek. Niespodziewanie, jakby przejeżdżała wielka ciężarówka, dwa oślepiające światła w wielkim pędzie zmierzają wprost w publiczność. Ale, niczym przeczucie, raz po raz pojawiają się całkiem inne obrazy. Magik-ekwilibrysta jeździł na wysokim jednokołowym rowerku, to znów jaskrawo ubrany wdzięczy się w świetle punktowego reflektora. Wygląda jak kiczowaty znak śmierci. W ostatniej scenie widzimy rozpiętego na żyroskopie nagiego człowieka. Wpisany w kulę kręci się we wszystkich kierunkach. Nie ma już góry, dołu, prawej, lewej. Powoli balansuje jakby nieważki. W śmierci i w wieczności. A scena przed nim zamienia się w dancingową salę, od lustrzanej kuli zawieszonej pod sufitem odbijają się setki promieni.

Temat śmierci pojawia się jeszcze w innych spektaklach. Oglądany na różne sposoby: z przerażeniem, groteskowo, poważnie, poprzez fatum, konkret czy seks. Może dlatego, że tak trudno go zrelatywizować. W świecie chaosu, gdzie wszystkie estetyki i wartości są równoprawne, śmierć pozostaje w końcu jedynym stałym punktem.

Dwa teatry przywiozły do Krakowa Kwartet Heinera Mü llera. O macedońskim Kwartecie nie warto mówić. Dosyć kiepskie aktorstwo i wiele taniego demonicznego demonizmu. Po prostu fiasko. Ciekawszy był Kwartet Grupy Niezależnej ze Szczecina, nawet pomimo tego, że skróty w tekście dramatu były tak ogromne, że zniekształciły całkiem wiele napięć i sensów. Raczej należałoby potraktować ten spektakl jak akcję plastyczną. W dosyć ciemnym pomieszczeniu nadzy mężczyzna i kobieta. Nad nimi wielki lustro. Oni zaś brodzą, umazują się, kochają we wszechobecnym błocie. Ciało traktowane jest bezwzględnie, przedmiotowo, niekiedy brutalnie. Każde zdarzenie może być, jest, konsekwencją podejmowanej z cynizmem umowy, gry. Tylko śmierć przyszła serio.

Świat według alternatywnych wydaje się nieokreślony, bez granic, chaotyczny. Trudno znaleźć w nim stałe punkty zaczepienia. Najbardziej liczą się odczucia, doznania. Ważne jest indywidualne pielęgnowanie wrażliwości każdego. Ale z wielu przedstawień wyziera pragnienie poszukiwania pewników. Oparciem przestały być ciało, polityka, społeczeństwo, nawet Bóg. Jedynym pewnikiem łączącym wszystkich okazuje się śmierć. Teatr alternatywny zajął się więc porządkowaniem na różne sposoby chaosu.

Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst