Inny teatr
Tadeusz Kornaś
Jerzy Grotowski i Teatr Laboratorium
Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst

"Chodzi o coś o wiele ważniejszego"

Rozmowa z Reną Mirecką

Od samego początku, aż do rozwiązania pracowała Pani w Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego. Czy zaczynając podejrzewała Pani, do czego ta droga zmierza?

Było to dla mnie próbą życia. Próbą spotkania i podejmowaniem podróży w głąb samej siebie. Ta podróż miała konkretne etapy. Przez dwadzieścia pięć lat pracowałam w zespole z moimi bardzo, bardzo bliskimi Kolegami. Myśmy na Grotowskiego mówili Boss, czyli ktoś, kto przeprowadzał przez most prowadzący ku nieznanemu. W okresie teatralnym, na początku, w ogóle nie miałam pojęcia, co będę robiła przez tyle lat. Rytm pracy był nieprawdopodobnie intensywny. Wtedy, jak wiele innych kobiet, oczekiwałam, że coś się wydarzy w moim życiu prywatnym. I prawdopodobnie by się mogło wydarzyć, gdybym nie spotkała Grotowskiego. Gdy zaczęłam dostrzegać coś istotnego na tym szlaku Wielkich Drzew w pobłyskującej otwartej przestrzeni, zaczęłam czuć i pojmować, że nie jest mi dane połączyć życia rodzinnego z życiem twórczym. Miłość do tego, co czyniliśmy, była głęboka. I pewnie też miłość samej siebie; jest to bardzo w życiu istotne. W pewnym etapie życia taka miłość nie ma nic z egoizmu.

W latach siedemdziesiątych Grotowski stwierdził, że nie będzie więcej spektakli w Laboratorium. Państwo przecież wszyscy byliście aktorami. Czy ten przełom był ciosem? Czy ta deklaracja była dla Pani wtedy zrozumiała?

Lata siedemdziesiąte... Wspaniała księga Teatru Laboratorium przez dwadzieścia pięć lat się pisała. W tych latach był też czas parateatralny.

W tym okresie Grotowski zapytał każdego, a także i mnie, czy chciałabym i czy czuję możliwość zapisywać sobą tę nową drogę, czy pojadę z nim do Brzezinki i tak dalej. Pytanie było tak postawione, że odpowiedziałam "nie". Na początku okresu parateatralnego pomagałam Kolegom, którzy udali się do Brzezinki, ale dopiero później uczestniczyłam w tym, co oni stworzyli.

Nie bez przyczyny zadałem to pytanie. Czy to, co Pani robi, jest kontynuacją Parateatru? W prowadzonym przez Panią International Centre of Work Prema Săyi nie powstają przecież spektakle.

Ja czuję się teraz jak ptak. Klatka została otworzona. Nie jest moją zasługą to wszystko, co robię. Chcę to wyraźnie zaznaczyć. Poczułam w sobie siłę dzięki tej wspaniałej pracy, zmaganiom i nieprawdopodobnym trudom. Grotowski wymagał bezlitośnie. Słusznie. Dzięki temu przechodziliśmy ze szczebla na szczebel. Tworzenie następnego spektaklu zaczynało się już z innego pułapu, trzeba było całkowicie zapomnieć, co się już wcześniej uczyniło. Nie było to proste, ale było genialne, krok po kroku coraz głębiej poznawaliśmy samych siebie, swoje ułomności, ale i swoją siłę. U Grotowskiego zostali do końca tylko ci, którzy mieli potencję twórczą. Czasami cierpiałam, dlatego, że mężczyźni byli w inny sposób inspirowani z racji tego, że Grotowski też był mężczyzną.

To, co ja robię teraz, to nie jest nic innego, jak drążenie, podobnie jak rzeźbiarz, który dostał rozmaite tworzywo i coś odrzuca, kształtuje. Wciąż wracam do tego źródła, które we mnie tętni, również gdy skończył się nasz Teatr. Grotowski już wcześniej, może podświadomie, zabierał nas na spotkania z aktorami; prowadziliśmy warsztaty w przeróżnych kulturach i stronach świata. I ta zawiązka spotkań pozostała między tymi ludźmi a mną, nawet kiedy teatr się skończył. Skończył? Zamknął swoją księgę. Ale on trwa do dzisiaj w ludziach, którzy przeżyli swoje z nami doświadczenia.

Otóż ten ptak we mnie patrzył, chodził po ziemi, ale patrzył wysoko. Gdy rozwiązaliśmy Teatr Laboratorium, gdy każdy z moich Kolegów udał się w swoją stronę, nie chciałam być sama. Powiedziałam Ewie Benesz - róbmy coś razem. Poprosiłam też Mariusza Sochę. Spotkaliśmy się w Brzezince. Właśnie tam, gdzie Grotowski zaczynał Parateatr.

Czy miała Pani już wtedy jakieś konkretne plany?

To był 1982 rok. Zaczęliśmy się przygotowywać do wyjazdu. Najpierw pojechałam z Ewą do Niemiec, potem z Mariuszem do Belgii. Ale to nie jest ważne. Ważne jest, że zaczęliśmy w tym lesie w Brzezince; paliliśmy codziennie wielki ogień w kominku. Tam na sali przysposabialiśmy się do podjęcia tego, co my będziemy robić. Trzeba było najpierw stworzyć struktury działań. Dopiero potem zaczęły się nasze wspaniałe spotkania z uczestnikami warsztatów, z ludźmi podobnymi nam. W Brzezince na ziemi był biały obrus, była Księga, była woda i ogień. I myśmy się tam poruszali. Zaczęliśmy być z wodą blisko. Każdy po swojemu. Ogień był niezwykle gorący. Brama, wielkie drzwi od tego młyna były otwarte, i nagle, niespodziewanie zaczęła się ulewa. Tam w sali są dwa duże filary - jeśli pamiętam dobrze. Przykucnęliśmy przy tych filarach i zaczęliśmy śpiewać: "A my tu dla i ku, aż pozwolisz nam w łodzi siąść bez trwóg. Światło opromieni naszą nową podróż". Tam stworzyliśmy razem tę pierwszą pieśń.

Pewnego dnia - zbliżało się południe. Ewa siedziała na ławce przed domkiem z drewna, który wcześniej zbudował własnymi rękami Czesiu Szarek (w czasie Parateatru była tam kuchnia). Mariusz nosił wtedy drzewo. Ja wyszłam z młyna, stałam we wspaniałej wysokiej trawie. I nagle... Motyl usiadł nie gdzie indziej, tylko tu. Motyl usiadł między moimi brwiami na czole. Było to dla mnie... Nie wiedziałam, co się dzieje. Głos mi się zmienił. Energia mówiła przeze mnie. W czasie obecności tego Niebieskiego Motyla zaczęłam mówić o tryptyku, trzech częściach naszej wspólnej pracy. Nagle Motyl odleciał.

Powiedziałam do Ewy i Mariusza: "No patrzcie, jaki wspaniały scenariusz na film". Bo wie Pan, gdy Teatru Laboratorium już nie było, to Grotowski mnie pytał, Pan też zresztą dzisiaj zapytał, "czy ty nie tęsknisz do teatru". Odpowiedziałam, że nie, ale marzy mi się przynajmniej jedna praca w filmie. No i upływały lata. I ja do Ewy i Mariusza mówię, cudowny mamy materiał na film. Po latach poszukiwań rozeznałam, że to, co myślałam, że jest dla filmu, to się kształtowało w naszych późniejszych twórczych zmaganiach - Ewy, Mariusza i moich - w przedsięwzięciach Parateatru. Pierwsze nazywało się Be here, now TOWARDS..., co znaczy "Bądź tu, teraz KU...". Drugie przedsięwzięcie THE WAY to the CENTRE - "Droga do Centrum". Trzecie Now it's the Flight - "Teraz jest Lot". A teraz jest THE WAY.

Druga część z wizji tryptyku to była moja podróż z mężczyzną na tratwie - wspaniałą świetlistą rzeką. Ja siedziałam po jednej stronie tratwy, on po drugiej. Nie ma słów, by opisać ciszę w trawach, w szumach liści, wody, która tratwą śpiewała. W takiej ciszy usłyszałam, jakiś głos mi mówił: "W każdym człowieku będziesz widziała Jego". Ja percepuję wizje słyszalnie. Przeczytałam też, czytając od prawej do lewej, napis Area Rag. Zrozumiałam że to Indie: pieśni klasyczne Indii to Ragi. Trzecią częścią tryptyku była Pustynia.

Czy te wizje z Brzezinki znalazły jakiś konkretny wymiar w pracy z ludźmi?

Pierwszy wspaniały statek, nie tratwę, zbudowaliśmy na polanie przy Casa Cenci, laboratorium będącego własnością Franca Lorenzoniego pod Rzymem. Wcześniej w tym domu Grotowski pracował w ramach poszukiwań Teatru Źródeł. Myśmy tam przyjechali w 1984 roku. Było bardzo dużo uczestników. Na polanie rozwinęliśmy niekończący się zwój białego płótna, na którym malowaliśmy wszyscy. I potem płótno stało się burtą naszego okrętu, który się nazywał Gara Rea, z tej mojej wizji Area Rag - Indie. Tratwa przekształciła się w ten statek. Myśmy naprawdę odczuwali tę podróż statkiem non stop w dzień i w nocy. Działanie przerywało się w sposób naturalny, kiedy padaliśmy ze zmęczenia, kiedy trzeba było coś zjeść albo położyć się, na ziemi, pod gołym niebem aby odpocząć.

Razem z nami budował ten statek między innymi Jaron Goldsztajn. W tym czasie miał on teatr w Stuttgarcie. Z pochodzenia był Izraelitą. Po kilku dniach naszej pracy zapytał: "Rena, czy ty chciałabyś poprowadzić mój projekt, moje marzenie". "A cóż jest tym twoim marzeniem" - zapytałam. "Chciałbym z Niemiec, gdzie żyję tyle lat, zawieźć rodzinom osób, które poginęły w obozie koncentracyjnym, coś wspaniałego". Ja mówię: "Dobrze, pojedziemy razem, przygotuj to". Wkrótce przysłał mi zdjęcia z pustyni Negew w Izraelu. Wybudowano tam miasteczko, mnóstwo domów dla artystów. Sporo z nich było pustych. Goldsztajn powiedział, że podczas naszej pracy będziemy mieszkać w domu i czasem tylko będziemy wychodzić na pustynię. Ja mu powiedziałam nie - wszystkie działania będą prowadzone od początku do końca na pustyni. I tak przeżyliśmy tam siedemnaście dni. Wszystkie nasze przedsięwzięcia były pragnieniem poznawania: dlaczego jest mgła? dlaczego teraz tak wcześnie wstaje słońce?... By to pojąć, trzeba się przybliżyć do wody, powietrza, ognia, ziemi. Każdego dnia szliśmy przez tę pustynię jeden za drugim... O świcie z daleka mogliśmy widzieć jelonki i sarny, które u podnóża piaszczystej góry stały patrząc ku niebu, które się złociło i czerwieniło. Na horyzoncie wschodziło ukochane Słońce wielkiego Orientu.

Do Pani ośrodka Prema Săyi przyjeżdżają ludzie z różnych stron. Jak wygląda tam praca?

Pan już przeskoczył do roku 1993. Ewa była wtedy w Polsce. Dałam jej znać - "Ewo jest dom, przyjeżdżaj do pracy". Na początku do tego domu dzień w dzień jeździła Ewa a także Włosi Pier Pietro Brunelli, Franco Zanotti, Vincenzo Atzeni; Alfred Buccholz z Niemiec i Hiszpanka Maribel Gonzalez Muńoz, byli tam także Matteo Forti, Fiorida de Marchi, Nicola Dentamaro, Antonio Gazzotti, Loris Tirelli, Paola Torricelli, Julian Knab - wspaniali ludzie. Razem z nami wzięli się do pracy, by w tym domu wynajętym od pasterzy zrobić salę do pracy. Tam było bardzo dużo pomieszczeń, ale nie było dużej sali. "Nasz" dom na Sardynii jest na wzgórzu. Nazwę wzięłam od kwiatu. Kiedyś przyniesiono mi do pracy białą lilię, ale nie taką, którą pamiętałam z dzieciństwa. Włosi powiedzieli że to jest casa blanca. Powiedziałem wtedy do Ewy - dom będzie się nazywał Casa Blanca.

Ci przyjaciele, którzy budowali razem ze mną i Ewą salę, zaczynali jako nasi uczniowie. Praktykowali z nami ryty ognia, ryty wody, ryty drogi do Słońca - nasze poszukiwania, i blisko związali się z nami. Wszędzie, gdzie się udawaliśmy, to oni, pokrywając swoje koszta, jechali z nami. Nie mogliśmy dużo dla nich zrobić, bo myśmy zawsze żyli i żyjemy w trudzie materialnym.

Pracujemy dużo z muzyką. Muzyka jest jedną z najgłębszych sztuk, która penetruje duszę ludzką. My tę muzykę tworzymy na żywo. Ewa wędrując po polskich polach z cytrą i bębnem sama się nauczyła grać. Ja również nauczyłam się sama grać na różnych instrumentach. Powstawały partytury działań, które myśmy we trójkę najpierw tworzyli, a potem z tymi ludźmi, których wspomniałam. Są one zapisane w niekończących się notatkach moich, Ewy i Mariusza i ludzi, którzy do nas przybywali. Mamy także dokumentację fotograficzną i wideo. Większość przyjeżdżających przybywa tu od swoich często prostych zajęć; są na różnych etapach swojego życia. Niektórzy podejmują później osobiste poszukiwania. Na przykład Franco Zanotti w tej chwili jest liderem działań Campi Scuola w Laboratorio Casa Cenci. Pracuje z grupą ludzi, prowadzi seminaria. Zresztą większość osób, które praktykowały w naszych przedsięwzięciach, rozwija tę nić poznawania labiryntu siebie samych. I oni tworzą w tej chwili w różnych miejscach w świecie, ale od czasu do czasu przyjeżdżają i zanurzają się w tym, co robi Ewa, co dzieje się w pracy ze mną. Zostaliśmy wszyscy połączeni i nikt nie jest w stanie nas rozłączyć. Pietro Brunelli od lat uczestniczy w drodze parateatru i pisze o naszych poszukiwaniach.

Czy każdy może przyjechać do Prema Săyi na Sardynię na prowadzone przez Panią warsztaty?

Na początku każdego roku piszemy programy. Gdzie i kiedy będzie spotkanie. Każdy, kto się zgłosi, może próbować wziąć udział.

To były siedmiodniowe zajęcia, gdy byliśmy w trójkę lub później w dwójkę. Teraz cykle trwają po pięć albo trzy dni. Zależy to od tego, gdzie odbywa się warsztat i jakie są warunki. W Ośrodku Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Teatralno-Kulturowych będę pracować pięć dni. Przez lata też się transformuje moja kondycja. Casa Blanca - nasze centrum - powstało między innymi dlatego, że bardzo ciężko mi było i jest podróżować tyle lat. Wierzę dzisiaj, że naprawdę spotkam dobrego organizatora, który właściwie pojmie swoją rolę w Polsce i na świecie i będzie pracował jako menadżer dla swojego dobra i dla innych. Poszukuję też sponsora dla swojej Szkoły Edukacji Artystycznej.

Czy w trakcie warsztatów powstają pewne struktury...

W spotkaniu uczestniczy zazwyczaj piętnaście osób (choć pracowaliśmy też z trzydziestoma dwoma osobami). Ale teraz, gdy pracuję sama - jest to piętnaście, maksimum dwadzieścia jeden osób. Struktura spotkania zawsze jest przygotowana wcześniej, za każdym razem podejmowana, ale, w zależności od tego, jacy ludzie przychodzą i jak reagują, jak uczestniczą, pomiędzy filarami tej struktury jest miejsce na improwizację. Na przykład wszyscy biorą udział w tańcu, który zaczyna się tak, a nie inaczej. I jeśli w tym tańcu jest przewidziana możliwość, że ktoś zareaguje po swojemu, wtedy ja wychodzę naprzeciw i odpowiadam sobą. Ale są tańce, które swoje narodziny mają w tradycji, otóż te tańce nie mogą być zmieniane. Przybywający powinien spróbować przejąć ten sam krok, ten sam rytm. Tylko tak może nastąpić spotkanie nas w Jedności.

Czy w Pani zajęciach uczestniczą aktorzy?

Gdy Grotowski odszedł, poczułam, że wszystko to, co z nas się wzięło i co jest we mnie żywe, chciałabym przekazać aktorom, ale nie wiem jak ich zapraszać. Są leniwi i nie mają ochoty poznawać czegoś innego. Zgadzają się pracować z mało twórczymi reżyserami. To bardzo smutny objaw. Niewielu jest aktorów, którzy nie dają zaszufladkować się tylko do jednej formy. Nie wolno mechanicznie powtarzać tego samego. Trzeba dochodzić do katharsis, oczyszczania się aktora, aby być człowiekiem przede wszystkim. Żeby być artystą aktorem, a nie wyrobnikiem. Dla mnie jest to bardzo ważne zagadnienie jak pomóc aktorom, szczególnie młodym. Dlatego zamierzam otworzyć szkołę mego imienia, działającą w Polsce i zagranicą.

Tak, zapraszam przede wszystkim aktorów. Owszem, w niektórych krajach przychodzą, ale też nieliczni. W większości przychodzą na warsztaty ludzie różnych profesji. Praca z aktorami jest orką, dlatego, że są tak "zamaskowani", uzbrojeni, nieprawdziwi. Wydobycie iskry ludzkiej organicznej obecności jest wielkim trudem. Oni są nauczeni grać, a ja zostałam przez Grotowskiego tego oduczona. W szkole teatralnej też mnie uczono grać, ale potem musiałam się tego pozbywać.

Mówiła Pani wcześniej o rytach ognia, wody. Czy to są jakieś powtarzalne struktury?

Te struktury trwały piętnaście lat. Powstały dlatego, że zostałam inicjowana przez istotę - po włosku to się mówi ancestrale, czyli przez przodka. Motyl jest symbolem transformacji, ale w nim był duch przodka. Życie tych naszych rytów trwało tyle lat, chociaż przemieniały się one nieco, rodziły się nowe kroki pośród tych już zbadanych i przywoływanych z ludźmi. Dlatego to trwało, że nadzmysłowe chciało tej Drogi. Byliśmy bardzo chronieni podczas tej pracy z ludźmi. Wyruszaliśmy na przykład o świcie, żeby w kolejny ranek iść i zatrzymać się na wzgórzu i patrzeć w stronę szczególną - na wschód słońca. Gdy ludzie przychodzili uczestniczyć w naszych działaniach pierwszy raz, to nie było takie proste. Różnica doświadczeń naszych i przychodzących młodych dawał się odczuwać. Próbowaliśmy im powiedzieć: "Nie bój się, w rzeczywistości prawdziwej jesteśmy Jednym". Próbowaliśmy to robić także przez nasze pieśni, przez ruch, poprzez inne propozycje. Inspirowaliśmy uczestników. Zaczynaliśmy zwykle zajęcia o świcie, o piątej godzinie. Mówiliśmy do uczestników: "Będziemy prowadzić pracę, ale wiedzcie, że już od pierwszego dnia naszego spotkania powinniście przygotować swoją propozycję. Stworzycie figury pór roku. Możecie wybrać: zimę lato, jesień, wiosnę. To ma być w formie widoczne i będziecie z tym pracować, będziecie mówić, tańczyć, śpiewać, ale macie uczynić to ze źródła siebie samych". Ludzie momentalnie otrzymywali zadania, pracowaliśmy non stop w siedmiodniowych cyklach. To nie takie niezwykłe uczestniczyć - ale nadzwyczajne jest tworzyć z siebie, z osobistych doświadczeń bólu, cierpienia, szczęścia. Należy się odsłonić i ofiarować. Wtedy widz czy świadek naszego czynu może stać się kroplą tej samej rzeki.

Wspomniała Pani też o muzyce jako o czymś, co penetruje duszę ludzką. Że cały czas śpiewacie. Skąd brane są wątki muzyczne? Czy z tradycji? Czy są improwizowane?

Pierwsze nasze śpiewy to były, i nadal są, mantry - nauczone w Indiach. Czasami śpiewamy je z bębnami. To, co przenika te wszystkie struktury, to jest power song. Power czyli moc. Gdy człowiek stworzy własną pieśń, jest w tym magia. My śpiewając podczas wspólnych prób - pracowaliśmy bez zegarów. W naszej pracy przestały istnieć przestrzeń i czas. Bycie tu i teraz wyznaczało Słońce, które wstawało i potem szło odpocząć o zachodzie. Tym, co ja wtedy czułam i co pojmowałam, to było: "Czcij". Pracowałam i pracuję bardzo dużo. Pamiętam dzień w 1993 roku, kiedy już Mariusz odszedł z grupy i nasi najbliżsi uczniowie się oddalili. Zostałam tylko z Ewą. To nieprawda, że zawsze byłam tak odważna wobec tego, co żyje w Wielkiej Naturze. Wokół moc tych gór na Sardynii i najczystsze powietrze. Słońce zachodziło, a ja poczułam wtedy, że tracę siły, że muszę się obronić. Weszłam do sali sama i otworzyłam wielkie zielone wrota - trzy wielkie skrzydła. Moje błaganie było ostateczne - nie potrafię tego określić, w każdym razie prosiłam Vigneśwarę z kultury Indii. Po prostu błagałam - śpiewając, tańcząc o pomoc. To był maj 1993 roku.

W sierpniu byłyśmy z Ewą znów w Casa Cenci, prowadziłyśmy tam prace THE WAY to the CENTRE. Telefon - ktoś chce się z nami spotkać. Musiałyśmy jeszcze skończyć nasze dwie prace. Poprosiłam Ewę, by umówiła nas na 28 sierpnia. Tego dnia - patrzę, idzie niezwykła kobieta, a za nią szereg ludzi. My z Ewą boso, ubrane na biało, wyszłyśmy im naprzeciw, usiedliśmy pod drzewem Ornello przy Casa Cenci na polanie. Siedzieliśmy przy długim stole, a rozmowa trwała i trwała. Mnie to już męczyło i mówię do tej kobiety (troszkę starszej ode mnie): "Może ty się na tym znasz, bo mam wrażenie że to drzewo jest chore". Wstałam, żeby odpocząć od tych ludzi. Przy drzewie ta kobieta do mnie mówi: "Ja wszystko o tobie wiem". Co ty możesz wiedzieć o mnie - pomyślałam. A ona zapytała: "Czy chcesz ze mną pracować". Odpowiedziałam: "tak, ale gdzie". "Tu, teraz". Po chwili we dwie znalazłyśmy się w sali. Za chwilę zapukała Ewa, potem przyszli wszyscy pozostali. Powiem krótko: przyjechała Turtle Rattle Woman - szamanka. Gdy w maju w centrum Prema Săyi przeżyłam samotnie mój rytuał, wzywałam, ona była w Ameryce na Florydzie w ogrodzie. I tam usłyszała, ktoś z Italii woła...

Od początku naszej pracy w Brzezince minęło dziewiętnaście lat. Gdyby dodać jeden i dziewięć, to daje dziesięć, czyli zamknął się jakiś niezwykły cykl pielgrzymowania w tym moim poszukiwaniu i poznawaniu samej siebie. I znalazłam się teraz tu - we Wrocławiu. Prowadzę warsztaty i ci wspaniali ludzie tu i na świecie za każdym razem zadają mi wiele pytań, na które nie potrafię odpowiedzieć tylko racjonalnie.

Zaczęło się kiedyś - w Teatrze Laboratorium - od teatru, teraz mówi Pani o rzeczach właściwie poza sztuką. Czy sztuka może doprowadzić do poznania świata?

Proszę Pana, to nie jest poza sztuką. Parateatr jest najwyższą sztuką, która rodziła się u początków teatru. Teatru greckiego. Przecież wszyscy uczyliśmy się, skąd się wzięła pierwsza zjawa teatru. Tam należy spojrzeć i pojąć, że talent ludzki jest obdarzony kosmiczną muzyką, ruchem, dźwiękiem. A jaka forma poszukiwania tego w sztuce będzie, to zależy od twórców. Czy to będzie teatr klasyczny, czy teatr laboratorium, czy parateatr.

A czy wołanie do Boga też jest sztuką?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo to, co jest Zjednoczeniem, to po prostu Jest.

Ale przecież do Boga często się woła bez zjednoczenia. I takie wołanie ma zazwyczaj konkretną strukturę. Pani wcześniej mówiła, że wołała, a po drugiej stronie oceanu ktoś usłyszał. Stąd moje pytanie o sztukę, o granice.

Pytania czasem muszą pozostać bez odpowiedzi. Słowa są czasami niepotrzebne. Przecież na naszej planecie są tylko gdzieniegdzie niebieskie plamy; to są ludzie, którzy się modlą, widzialni, z podróży astralnych. Podobno nasza planeta jest w ciemności. Myślę, że niezbędne jest, żeby człowiek zaczął wzywać, dlatego że wszyscy podlegamy ewolucji. Im więcej społeczeństw w różnych kulturach, i w polskiej kulturze także, pojmie, co jest życiem, co jest tajemnicą naszego życia, w czym jest jego sens, to może Pana wnuki doczekają tego, że będzie tylko jeden język, język serca, że znikną granice, zapanuje Miłość Uniwersalna. Gdy prosimy całym sobą najbardziej szczerze jak potrafimy, to to, o co się prosi, realizuje się. I musimy być ostrożni, żeby nie kłamać. Bo może się zrealizować zło. Otóż gdy się prosi, gdy się wzywa, jak pan to powiedział, to trzeba być bezgranicznie ludzkim, jak w magii dziecka - prawdziwym. I wtedy to się stanie.

Pani wcześniej użyła takiego sformułowania, że praca z Mariuszem Sochą i Ewą Benesz sprowadzała się do tego, żeby czcić. Może to już pytania zbyt osobiste...

Panie Tadeuszu, tu musi przestać istnieć osobiste. Przez osiemnaście lat szukałam języka, żeby zakamuflować Prawdę, którą czuję i która mnie prowadzi. Myślę, że jest czas, abym mówiła, co czuję, myślę i jak pojmuję.

Pani powiedziała "czcić". Mnie się to kojarzy z dwoma możliwościami: czcić można na różny sposób i czcić można różne rzeczy. Jeśli praca w Prema Săyi sprowadzała się do czczenia...

Nie tylko. W sztuce jest apoteoza i profanacja. Działając całym sobą w tak zwanym procesie aktora całkowitego, siłą rzeczy osoba otwiera się na rodzaj jakiejś szczęśliwości i jakiegoś wielkiego cierpienia. Próbuje się, aby w końcu opuścić to drugie, albo by to drugie opuściło człowieka. Ale to kosztuje. Świadomości nie dostaje się za darmo. To nie są książki uniwersytetów, gdzie martwo powtarzane są wykłady. To jest proces twórczy tu i teraz dziejący się w innym wymiarze świadomości, gdzie z podświadomości płynie to, co człowiekowi zostało dane z urodzeniem teraz i w poprzednich wcieleniach. Człowiek nie może stworzyć nic więcej, ponad to, co zostało mu dane. Najwyższy sens bycia tu na ziemi zawiera się w przesłaniu: poznawaj to, kim jesteś, kochaj siebie, bo byłeś inkarnowany z miłością. Tę miłość dostałeś w momencie poczęcia. Szczęśliwe te dzieci, które były poczęte w miłości ojca i matki. Teraz dane im jest miłować w tym życiu. Ty masz w sobie to, co łączy drzewo, góra, pal. To są symbole - one łączą człowieka z ziemią i z niebem. Łączą nas z Praną - energią witalną i kosmiczną, którą oddychamy. My możemy nie pić, nie jeść, będziemy jeszcze parę dni żyć, jeśli się nam zablokuje oddech, nie ma już tej kosmicznej energii i ciało zaczyna umierać. Chcę powiedzieć, że wszystkiego trzeba szukać i poznawać w sobie, a wspomagani będziemy tym, co jest w innych podobnych nam ludziach i prowadzeni będziemy przez tych, którzy się manifestują w Wielkiej Naturze. Nie należy szukać w tym katastroficznym świecie wielkiej iluzji i ignorancji. Siła i mądrość przychodzi z doświadczeń przeżytych na sobie samym. Kim jesteś? Kim jestem? To dzieje się z najwyższej Prawdy i samotności. I to nie jest ta samotność ludzka, o której wszyscy myślimy. Nie jest się samotnym, nigdy. W pewnym momencie poszukujący wie, że nie ma już co szukać. Szukanie jest aktem bardzo światowym.

Pani powiedziała, że każdy może być tylko taki, jak został zaprogramowany jego los. Po co jest więc Pani praca, czy mimo wszystko żeby pomóc innym?

Przede wszystkim, żeby pomóc sobie, aby móc rozeznawać los indywidualnie. Nie można pomóc innym, jeśli nie zaradzi się na swoje trudności, kłopoty, swoją niemoc i często głupotę. Ale patrząc na to, co się stało od 1959 roku do dziś, i dając po drodze, to co myśmy z Grotowskim tworzyli, a później co tworzyłam sama, i dając i dając i dając, w pewnym momencie jestem bardzo zmęczona. Jest to moment skomplikowany, któremu towarzyszy także głęboka pasywność, cisza i wiara. Wtedy, w takim zaufaniu i rozbrojeniu, dostaje się prawie wszystko. Wtedy to jest obowiązkiem dzielić się z innymi. Choć ja właściwie nie czuję, że to jest mój obowiązek - to jest Najczystsza Miłość.

Czy Pani widziała Akcję Grotowskiego? I czy Grotowski widział Pani pracę?

Widziałam Akcję, gdy Grotowski prezentował ją we Wrocławiu parę lat temu. O naszej pracy Grotowski dowiadywał się na bieżąco, gdyż bardzo dużo naszych uczestników potem spotykało się z nim. Wiedział, co robimy i oglądał dokumentację - bardzo się dziwił, że to jesteśmy my, tak różni od tych, których znał.

Czy to co robi Pani na Sardynii miało podobne cele jak praca Grotowskiego w Pontederze?

Jeśli pan konkretnie pyta o punkt, cel, kierunek THE WAY, to tak. Tylko kształt jest zupełnie inny. Trzeba sobą zostawić ślad i przekazywać znak obecnym

Pani powiedziała, że teraz w Pani pracy jest czas THE WAY.

THE WAY - Sztuka Jedności - dzieje się. Muszę wrócić do spotkania z szamanką Turtle Rattle Woman. Ona przekazała świat antycznej wiedzy, która przybliża do doznawania obecności wielkiej twórczej energii Matki Ziemi i energii kierunków świata. Wszyscy jesteśmy połączeni w Jednym. Ta kobieta spowodowała, że Tratwa z mojej wizji z Błękitnym Motylem przekształciła się w drodze tworzenia w Sacred Canoe.

Otóż ja nie wyglądam daleko w przyszłość. Bądź i dziej się. Jestem otwartym kanałem przepływającej energii. Służę i ludzie udają się ze mną w Podróż. Przez te kilka dni spotkania rodzi się specyficzna Wspólnota. To jest realizacja mojego marzenia. Nie mając potomstwa, powołuję na krótki czas rodzaj braterstwa. Ludzie to czują. Dlatego, zmagając się z trudem materii ciała, nie tylko ciała fizycznego, trzeba pozwolić aby ruch, dźwięk, rytm i moc witalna żyjącej Wszechobecnej Energii, po wzywaniu Jej, prowadziły Sacred Canoe. Tak dalej widzę tę Drogę - THE WAY.

Teraz odbijam od długoletniej przystani na Pustyni w kolejną ekspedycję. Wierzę, wierzę mocno i wiem, że nie może być inaczej, jak tylko zrozumienie największej tajemnicy tajemnic, że istnieje tylko Jedna Jedyna Wszechmoc, a każdy z nas jest cząstką tej Kosmicznej Wszechmocy. Niech się dzieje. Nie o mnie chodzi, chodzi o coś o wiele ważniejszego.

 

Rozmowę dedykuję mojej kochanej siostrze Władysławie Radołowicz

Rena Mirecka

Wrocław 2001

"Didaskalia" 2001 nr 43-44, s. 55-59

Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst