Inny teatr
Tadeusz Kornaś
Recenzje
Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst
Czas schyłku

William Szekspir "Sen nocy letniej"
Teatr Narodowy w Warszawie, Sala Bogusławskiego

przekład: Konstanty Ildefons Gałczyński
reżyseria i scenografia: Jerzy Grzegorzewski
kostiumy: Barbara Hanicka
muzyka: Stanisław Radwan
światło: Mirosław Poznański
premiera: 16 grudnia 2001

To bardzo wesołe przedstawienie, widzowie wybuchają śmiechem raz po raz. Czasem sceniczny humor bywa trochę absurdalny, wręcz bezinteresowny (na przykład gdy po lesie wędrują skauci albo wtedy, gdy Hermia wkłada rękę w paszczę krokodyla, nudząc się trochę rozmową o wydaniu jej za mąż), czasem nawet rubaszny (gdy aktorzy-rzemieślnicy rozdzielają role w mającej powstać sztuce). Ale zarazem jest to przedstawienie smutne, wręcz przerażająco smutne. Okazuje się, że niemożliwe stało się już jakiekolwiek głębsze porozumienie międzyludzkie - ani w miłości, ani w sztuce.

***

Daleko w głębi sceny ustawione zostały różnorodne instrumenty perkusyjne: ksylofony, gongi, dzwony rurowe. Wygląda to z daleka jak dziwne, pogmatwane laboratorium. Majacząc na wyciemnionej z tyłu scenie instrumenty wtapiają się w scenografię, nadając jej nieco tajemniczy sens. Muzyka, dobywana z nich przez dwoje instrumentalistów, wypełnia wciąż (choć czasem zupełnie niezauważalnie) cały sceniczny świat dźwiękami.

Kategoria piękna już dawno została wygnana z opisów dzieł artystycznych, jednak w przypadku scenografii do Snu nocy letniej pojęcie to powraca z narzucającą się oczywistością. Choć może właściwsze określenie to harmonia. Scenę przecinają - dzieląc ją w pionie i po skosie - długie, bardzo wąskie łodzie. Wyglądają jak piszczałki organów. Z przodu ustawione są puste szkielety instrumentów perkusyjnych - do jednego z tych bębnów, jak do pojemnika na śmieci wpadnie Puk, próbując na nim chwilę posiedzieć. W głębi widzimy jeszcze skocznię do skoku o tyczce. Na pierwszym planie ustawiono ogromne miechy kowalskie czy hutnicze. Przedmioty o tak różnym przeznaczeniu zestawione zostały z paradoksalną logiką, stwarzając skojarzenia całkowicie nowe i zaskakujące. Powstał przedziwny las, choć nie ma w nim drzew.

Sceny w Atenach rozgrywane są na proscenium przy wykorzystaniu zapadni. Obniżenie poziomu sceny stworzyło widownię dla przedstawienia rzemieślników, natomiast w scenie rozmowy z ojcem Hermii podest wyjechał ponad powierzchnię sceny, tworząc element łączący funkcję wybiegu dla modelek i stołu.

Przedstawienie rozpoczął poetycki obraz mijającego czy dokładniej - zabijanego czasu. Do godów Tezeusza i Hipolity zostały cztery dni. Tezeusz wychodzi na polowanie. Do końca długich lin umocowanych przy miechach przywiązane są trzy kobiety. Kolejne dni odmierza strzał Tezeusza z łuku i śmierć kolejnej kobiety. Zostało to rozegrane bardzo delikatnie i bez żadnej brutalności. Ta scena już na początku zarysowała jeden z głównych wątków przestawienia. Oczekiwanie na wesele przemienia się w nostalgiczne przemijanie, w zmierzanie ku czasowi schyłku, z którym przecież wiąże się śmierć. Zabijany jest czas, giną trzy kobiety - zaczyna się dzień czwarty, dzień snów na jawie. Ten zostanie zwieńczony śmiercią mężczyzny, który odpłynie w dal wenecką gondolą - teatralną łodzią Charona.

Grzegorzewski czytelnie prowadzi fabułę Snu nocy letniej, lecz wszystko w tym spektaklu jest, jak Spodek, odmienione, znaczy zupełnie, co innego, niż wydawać by się mogło. O prawdziwej, gwałtownej miłości nie ma mowy. Młodzi rywale, ubrani współcześnie, zachowują się dosyć schematycznie, jak w zalotach naszych czasów: pozorny luz, kłótnie raczej pozorne niż zasadnicze, dbałość przede wszystkim o własny image. Już pierwsza rozmowa Lizandra i Demetriusza z ojcem Hermii, mająca wyjaśnić, kto będzie jej mężem, zapowiada charakter przyszłego małżeństwa. Spór bardziej przypomina ambicjonalną walkę mężczyzn, w której przyczyna sporu jest mniej ważna, niż pełną determinacji potyczkę o kobietę swojego życia. Zresztą również w rozmowie sam na sam ani Hermia, ani Lizander - deklarujący wzajemnie miłość i decydujący się na wspólną ucieczkę - nie wykazują się wielkim zaangażowaniem. Hermia zachowuje się w pierwszych scenach wręcz dziecinnie, więcej uwagi poświęcając zabawie z krokodylem kłapiącym paszczą, niż rozmowie o swoim losie. Wszystko wydaje się niedojrzałe, nazbyt niezobowiązujące, jak na prawdziwe uczucie. Okazuje się rodzajem gry towarzyskiej.

Kolejne przygody młodych w lesie zostały potraktowane równie lekko. Każdy z aktorów charakteryzuje graną przez siebie postać jakimś powtarzanym specyficznym gestem, a to podskokiem (Hermia), a to "falującym" sposobem chodzenia (Demetriusz). W wielu momentach teatralna lekkość zabija możliwość jakiegokolwiek dramatyzmu zdarzeń. Lecz czasami dodaje komediowego pieprzu. Helena (Edyta Jungowska) i Hermia (Magdalena Warzecha) niezwykle wiarygodnie kłócą się o mężczyzn (choć właściwie chyba bardziej o siebie, o własny obraz w oczach innych. Helenę bardziej przecież interesuje, czemu jej nie kochają, niż fakt, że to właśnie Demetriusz jej nie kocha). Wszystkie sytuacje stają się przerysowane, wygrane do maksimum. Grzegorzewski zamienił imiona głównym bohaterkom, ale nie zmieniło to wymowy scen. Hermia jest w przedstawieniu bardzo wysoka (na dodatek każde swoje przebiegnięcie przez scenę - a dużo biega - wieńczy zalotnym podskokiem). Helena jest niska. Związane z ich wyglądem kłótnie stają się bardzo dowcipne. Jednak i w tych miłosnych potyczkach, jak wszędzie w spektaklu, ujawnia się dwoistość: w warstwie zdarzeń spory brzmiały "prawdziwie", a zarazem wyzierała z nich spotęgowana teatralność.

Młodzi bohaterowie zasypiają o zaraniu, kładą się zmęczeni obok siebie we czwórkę - noc dziwów chyba zupełnie ich nie zmieniła. Wyruszyli w nią niedojrzali i niedojrzali z niej wyszli. Gdy później, podczas wesela, będą oglądali teatralne popisy rzemieślników, usiądą na teatralnych krzesłach w przyjaźni, nadal nie określając do końca podziału kto z kim, jakby luz trwał dalej, jak gdyby miniona noc nie pozostawiła najmniejszego śladu.

Najdziwniejszym elementem spektaklu jest las, w którym rządzą Tytania i Oberon. Na pewno nie jest to siedlisko bujnej natury. Rosnące drzewo może oczywiście sugerować ustawiona poziomo łódź (ale drewno jest w takim wypadku wyłącznie materiałem, nie elementem natury). Wielkie miechy niczego już nie rozniecają. Sztuczność i ostentacyjna dekoracyjność cechuje wszystko. Ten świat nie ma ani odrobiny żywiołowości. Wszystko jest uładzone, w perfekcyjnym porządku, trochę koturnowe, równocześnie naznaczone schyłkiem. Oberon (Artur Żmijewski) powoli, majestatycznie przechadza się po proscenium, jak nieczuły posąg. Tytania (Ewa Konstancja Bułhak) snuje się znudzona, marzy o miłości. Czasem chciałaby zrobić coś nowego w tym świecie, w którym wszystko już było. Na przykład próbuje uczyć się skoku o tyczce (to nowa kobieca konkurencja na Igrzyskach Olimpijskich, możliwości bicia rekordów są więc nadal ogromne), ale szybko tego zaniecha, traktując tę rozrywkę jak jeszcze jedno niepotrzebne i w gruncie rzeczy bezsensowne zajęcie. Kobiety-elfy są do siebie podobne, równie martwe i ułożone w rządek, jak cały ten świat. Gdy przemieniony w Osła Spodek próbuje je rozruszać, przyjmują jego na poły erotyczne zaloty, reagują jednak całkowicie beznamiętnie.

W spektaklu Grzegorzewskiego świat fantazji wygląda tak, jakby zupełnie wyczerpał magiczną witalność.

Po gaju, oprócz zakochanych, błądzą skauci. Kilkakrotnie pojawiają się, przechodząc przez las cudów. Równie absurdalni jak świat, który ich otacza.

Jedynym wyjątkiem w tym czasie leniwego schyłku jest Puk (Beata Fudalej). Żywiołowy, nadzwyczaj ruchliwy (raz po raz pojawiają się w jego pozach elementy znane z komedii dell'arte). Pozostanie jednak nieudacznikiem; a to wpadnie do kosza, to znów potknie się o skocznię. Rozpaczliwie próbuje na nowo rozpalić ten świat - bezskutecznie. Chyba najbardziej samotny ze wszystkich, bo wciąż ku czemuś dąży, wciąż chce coś zrobić, czemuś się przysłuchać, czymś się zadziwić. Ale zarazem nie lubi tego świata. Pluje na niego, i to nie tylko dosłownie.

Im dłużej oglądałem to przedstawienie, tym silniej narzucały mi się skojarzenia z Burzą. Jakby postaci - przynajmniej niektóre - zyskały całkowicie nowy status. "Wyspa ta pełna jest dźwięków", Oberon kierował krokami śmiertelników, Puk - jak Ariel - z mniejszym szczęściem, ale z większym zapałem - wykonywał polecenia kierując zdarzeniami. A widowisko zaprezentowane przez rzemieślników było niczym maska, lecz dziwna, rozpaczliwa, bo niestety, nie na cześć miłości.

Sen nocy letniej Grzegorzewskiego to także przedstawienie autotematyczne. Próby rzemieślniczej trupy są momentami przeraźliwie śmieszne. Na dodatek Pigwa (Wojciech Malajkat) - reżyser tego przedstawienia - wyraźnie parodiuje niektóre zachowania Grzegorzewskiego. Ta gra między dwoma teatrami - jednym zawartym w drugim - powróci jeszcze w wielu kolejnych aluzjach. Ale aktorska trupa rzemieślników jest śmieszna tylko w pierwszej części spektaklu (przerwa rozpoczyna się dopiero przed V aktem, czyli przed pokazem na dworze). Później, choć momentami parskamy śmiechem, wszystko staje się przeraźliwie smutne. Na pokaz, który właściwie nikogo nie obchodzi, gromadzą się pijani dworacy. Po lewej na fotelach siedzą młodzi, którzy już zdążyli ochłonąć po nocy przemian. Po prawej król i królowa. Królowa raz po raz, łaskawie spoglądając, mówi: "nie lubię, gdy lud się męczy". Goście wyśmiewają wszystko. Tymczasem spektakl rzemieślników wcale nie jest błazenadą. Wykonawcy ciekawie wykorzystują składane fotele, co sprawia, że ich przedstawienie wygląda trochę jak ilustracja dokonań Bauhausu czy konstruktywizmu. Ale postępujące zmrożenie i demonstracja wyższości widzów jest wręcz odstręczająca. Aktorzy grający z zapałem, ze szczerego serca, zostają porażeni obojętnością i niechęcią. Na końcu przedstawienia rzemieślników nastaje moment ciszy. Aktorzy widzą, że ponieśli całkowitą klęskę. Przepraszająco, z uniżeniem, bez słowa wycofują się w pokłonach, zwróceni ku panującym. Żenująca cisza się przedłuża. Teatr przegrał z życiem. Tylko - znów muszę powtórzyć - to życie wyraźnie znajduje się u schyłku, to czas zamierania. Widoczne znaki rozkładu pojawiają się wszędzie. Jeszcze przed rozpoczęciem rzemieślniczego przedstawienia szef trupy pozdrowił leżącego w długiej drewnianej łodzi (przypominającej w tym kontekście gondolę) ubranego jak w ostatnią podróż mężczyznę.

Tę klęskę teatru - na innym już poziomie - podkreśla też zakończenie spektaklu. Samotny na scenie Puk żegna widzów z gorzką świadomością, że teatr przegrał. Zakończeniu występu rzemieślników towarzyszyła absolutna cisza. Teraz ten nadruchliwy, niepozbierany Puk mówi wprost do nas: "wielka radość we mnie mieszka / a tym większa będzie przecie / jeśli mnie nie wigwiżdżecie". Oczywiście ta metateatralna gra jest zawarta w tekście Szekspira, jednak w przedstawieniu Grzegorzewskiego nacisk na klęskę wyobraźni jest szczególnie silny. Ale ta autotematyczna rozprawa Grzegorzewskiego z teatrem mimo wszystko pozostaje niejednoznaczna; przecież wyczarowany tu teatr mamił nieustannie pięknem obrazu, dawał estetyczną (i nie tylko) przyjemność.

Jerzemu Grzegorzewskiemu udała się rzecz bardzo rzadka. Ofiarując widzom dowcip, śmiech, piękno i harmonię - stworzył przy pomocy tych elementów świat nostalgicznego smutku, przesytu doznań, świat naznaczony nieuchronnością kresu.

Właściwie nie ma w tym przedstawieniu ról aktorskich, które głęboko zapadłyby w pamięć. Aktorzy wydają się wręcz powściągani przed graniem na uczuciach widzów. Zapamiętałem Helenę w rozmowie z Hermią, zapamiętałem oczywiście Puka, jakby całkowicie nie pasującego do tego świata. No i chyba na długo zapamiętam gorycz wyłaniającą się spod magii obrazów i powściągniętych, czy raczej zamarłych uczuć. Wciąż nie mogę jednak zrozumieć, jak się to stało, że gorycz była tak pogodna.

Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst