Inny teatr
Tadeusz Kornaś
Teatr Wiejski Węgajty
Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst

Inspiracje i afirmacje

Przedstawienia Teatru Wiejskiego "Węgajty" przekraczają tradycyjną strukturę spektaklu. Najwyraźniej można to dostrzec, gdy ogląda się je w miejscu, w którym się narodziły - w Węgajckiej przebudowanej stodole, w pejzażu morenowych wzgórz, nieopodal lasu z dala do szosy. Tutaj, w kolonii wsi Węgajty każdy dom ma swoje imię, jak człowiek. Każda pora dnia czy roku ma całkiem inny kolor. I nie jest to tylko z mojej strony czczy sentymentalizm. Bo cała otaczająca przestrzeń odciska piętno na przedstawieniu, nasącza je. W najbardziej podstawowym wymiarze wiąże się to z faktem, że wszyscy aktorzy zamieszkali we wsi na stałe. Niejako naturalnie więc wnoszą w przedstawienie brak pośpiechu i spokój.

Nie daje się w Węgajtach przedstawień zbyt często. Ich prezentacja zawsze jest małym świętem. Przyjeżdżają z daleka goście, pośród nich wielu znajomych, przychodzą ludzie ze wsi. Wszystko się wycisza, ludzie rozmawiają, siedzą przy kominku czy przed salą. Choć przedstawienie jeszcze się nie zaczęło, działa już otaczająca je magia. Po spektaklu znów jest czas na rozmowy, na herbatę. Nikt nie odchodzi by zdążyć na ostatni autobus czy serial w telewizji. Za chwilę zagra muzyka, wkrótce zawiruje taniec.

Przed laty, gdy nie było jeszcze telewizji, gdy ktoś przyszedł w gościnę, trzeba było "nabyć się razem". W ciszy, w rozmowie, w śmiechu. Spektakl w Węgajtach jest jednym z ogniw takiego "nabycia się razem", otacza go cała seria innych działań. Ale nie znaczy to, że spektakl nie jest traktowany tutaj serio. Bo jednak przedstawienie jest czymś niesłychanie ważnym, ba, wręcz podstawowym w tej gościnie. Przygotowuje się spektakl z całą świadomością, że jest on zamkniętym dziełem, że będzie pokazywany nie tylko dla gości i przyjaciół, ale też na festiwalach, podczas wyjazdów, pośród ludzi, którzy niekoniecznie będą przyjaźnie nastawieni do teatru. Ale tu, w Węgajtach spektakle wchłaniają wszystko to, co stało się wcześniej, co stanie się za chwilę. Nasycone są przyrodą, okolicą, ciepłem i bezpieczeństwem.

Kiedyś pojechałem z "Węgajtami" na wyprawę. W drugi dzień Świąt Wielkanocnych śpiewaliśmy alilujkę w Dziadówku, niedaleko jeziora Hańcza, a później wszyscy przenieśliśmy się na pogranicze polsko-litewskie w okolice Szypliszek. Szło nas kilkanaście osób. Od domu do domu. Nie zdarzyło się, by ktoś nas nie przyjął. Ruszyliśmy koło południa, a na miejsce noclegu wracaliśmy już późno wieczorem. A jeszcze wszystkich czekała zabawa. Było wędrowanie po wzgórzach moren, śpiewanie pieśni świątecznych, starych i wesołych, przekomarzanie się, śpiewy starych ludzi. Spotkanego na drodze pijaka trudno było rozbudzić nawet dźwiękiem trembity. Mieszały się gesty, uśmiechy, chwile tańca, wielogłosowe alleluja. A zabawa w Dziadówku... Tam dopiero rozpętał się żywioł. Bo przecież święta, bo kapela.

Rok później zobaczyłem w Węgajtach premierę spektaklu Gospoda ku Wiecznemu Pokojowi. Obok historii utkanej ze słów Doliny Issy Czesława Miłosza, poezji Johannesa Bobrowskiego i fragmentów zstąpienia do piekieł z Historyi o zmartwychwstaniu Pańskim Mikołaja z Wilkowiecka zobaczyłem w tym spektaklu jeszcze "naszą alilujkę". Było to dziwne wrażenie. Spod scenicznych wydarzeń dostrzegalne były wciąż echa podróży na Suwalszczyznę. Od najprostszych - podpatrzonych u ludzi gestów czy zachowań, od pieśni tam śpiewanych, po bardziej skomplikowane, nasuwające się w sferze skojarzeń.

Nastrój, to niebezpieczne słowo przy opisie przedstawienia teatralnego. Ale cała sfera świętowania Wielkanocnego odtworzona w Gospodzie ku Wiecznemu Pokojowi swój rodowód wywodziła wprost z Dziadóweckiej alilujki. Oczywiście "Węgajty" podróżowały w wiele jeszcze miejsc, ale na tych wyprawach już nie byłem. Jednak nawet Wacław Sobaszek, szef "Węgajt", przyznaje, że inspiracja z Dziadówka była najmocniejsza.

Wciąż poruszam się w materii ukrytych inspiracji, gdy rodzą się idee i przeczucia. Bo można zapytać wprost - skąd na przykład w spektaklu zstąpienie do piekieł według Mikołaja z Wilkowiecka? Jedna z odpowiedzi może być taka. Otóż w Dziadówku mieszkaliśmy w domu na szczycie moreny górującej nad okolicą. Pogoda była wyśmienita, siedzieliśmy z Wackiem Sobaszkiem gawędząc o tym i owym. W pewnym momencie zaczął opowiadać, że za rok chciałby zainscenizować tu ludus wielkanocne. Tu, w plenerze na wzgórzu. Tam będzie brama piekieł - wskazał na jakąś ziemiankę, stąd wyjdą diabły... Opowiadał, opowiadał, a ja próbowałem podążać za jego wyobraźnią. Pomysł widowiska na wzgórzu pozostał chyba tylko marzeniem tamtego dnia. Ale, jak sobie wyobrażam, wielkanocne akcenty z Gospody ku Wiecznemu Pokojowi stamtąd wzięły początek. Bo w spektaklu świąteczne widowisko jest właśnie Dziadóweckie: na wpół ludowe, trochę udane, trochę amatorskie, nawet naiwne.

Ale nie tylko nastrój jest echem różnych podróży Węgajckich. Z drogi, z różnych wypraw, przywieziono tu gotowe elementy wykorzystane w Gospodzie ku Wiecznemu Pokojowi. Bo skąd i po co na Warmii huculskie wzory na makatce zakrywającej wielki stół? To echo fascynacji Stanisławem Vincenzem i podróży po Huculszczyźnie. Skąd cygańskie gryfy, w jakie zaopatrzone były taborowe wozy? Świadczą o spotkaniu z cygańskimi muzykami.

Gdyby rozebrać przestrzeń spektaklu na kawałki, odsłonią się setki kontekstów, spotkań, opowieści. W Gospodzie... sklepienie przebudowanej stodoły przemienia się w dach świątyni i dzwonnicę. Stół okryty huculską tkaniną, zaopatrzony w gryfy taborowego wozu staje się metaforą podróży. Tytułowa gospoda - miejscem spotkania.

W ostatnim przedstawieniu "Węgajt" - Opowieściach Kanterberyjskich jest też podobnie. W scenograficznej przestrzeni raz po raz pojawiają się "gotowe", niezwykle nasycone znaczeniami elementy. Na przykład Szeml. I tu znów musi być dygresja. W okolicach Węgajt przed wojną żywe były zwyczaje kolędnicze. Chodziło się z Szemlem - swoistym Lajkonikiem. Na jednym ze strychów węgajckich gospodarstw odnalazł się właśnie taki kolędniczy konik. Zespół "Węgajt", wraz z ludźmi ze wsi zaczął więc w 1995 roku kolędować po okolicy wykorzystując Szemla. Tymczasem podczas spektaklu tenże sam Szeml pełni inną rolę. W Opowieści Rycerza na Szemlu "jedzie" Emelija i oczarowuje swą pięknością Palamona i Arcytę. Interpretując tę scenę ze spektaklu trzeba nałożyć na nią różne znaczenia, także obrzędowe.

Przestrzeń dzieła literackiego, będącego inspiracją i rdzeniem spektaklu przenika się, nie tylko w sferze działań i przedmiotów, ale także w materii słownej, z plonem wędrówek i spotkań w drodze. Na przykład historia o śmierci, która pod drzewem zabiera trzech "przyjaciół" zapisana w XIV wieku przez Chaucera, została odnaleziona podczas wyprawy jako historia "tutejsza", opowiadana przez jednego z mieszkańców wsi. To zadziwiające, jak literatura wysoka wpisała się w przestrzeń wsi i poprzez tradycje ustną była przenoszona poprzez wieki i kraje.

Wszystkie spektakle "Węgajt" zawierają powracające wątki. Jednym z nich jest motyw śmierci i jej przezwyciężania, umierania i budzenia się do życia. Pojawił się on, na różne sposoby, we wszystkich trzech dotychczasowych spektaklach Teatru Wiejskiego.

W Historiach Vincenza pochodził on jednoznacznie z kręgu obrzędowości ludowej. Odwoływał się do kolędowego obrzędu śmierci i ozdrowienia kozy. Wyjęty był z huculskiej tradycji, lecz znany jest on na terenie całej Słowiańszczyzny. Koza może być zastąpiona Turoniem (na przykład w Małopolsce), konikami (żywieckie Dziady noworoczne)... Znaczenia rytualnej śmierci i powrotu do życia są bardzo szerokie. Kolędowanie wiązało się zawsze z okresem przemiany, przejścia bądź "dobrego początku" (czas Bożego Narodzenia, Wielkiej Nocy czy Nowego Roku). Był to czas odganiania złego, właśnie rytualnej śmierci i, później, odrodzenia przyrody - w obrzędzie przywrócenia do życia. Ludowe obrzędy miały za zadanie przemienić, odgonić to, co złe, a równocześnie przynieść szczęście i błogosławieństwo. W Historiach Vincenza trochę poetycko, lecz prawie dokładnie wykorzystano elementy, jakie ten obrzęd niesie w sobie.

W Gospodzie ku Wiecznemu Pokojowi śmierć i zmartwychwstanie zamknięte są w tradycji chrześcijańskiej, w ludowej religijności. Chrześcijański i obrzędowy czas wsi spajają się w takim ujęciu w jedno. Wielkanocna gra o wyzwoleniu z piekieł odwzorowuje podobny mit powrotu do życia.

Sytuacja komplikuje się w Opowieściach Kanterberyjskich. Tutaj śmierć zbiera obfite żniwo. O przejściu do nowego życia nie mówi się wprost. Ale na zakończenie spektaklu formuje się orszak weselny - w dawnej kulturze jeden z najsilniejszych znaków afirmacji życia. Zapowiedź przyszłych narodzin. Na dodatek postać Szemla już sama w sobie jest znakiem błogosławieństwa.

Ten fragmentaryczny wypad w krainę znaczeń i inspiracji w spektaklach "Węgajt" uzmysławia, jak wieloznaczna struktura daje się z nich odczytać. Spektakle odwołują się do kilku kręgów postrzegania. Od podstawowej opowieści i teatralnej formy, poprzez otwartość na inspiracje drogi, przestrzeni, współbycia, współogladania, aż po zanurzenie w tradycji, wielokulturowej i otwartej na wymiar ponadindywidualny.

Kraków, 1996

Druk:

"Dramaturgia Polska" 1996 nr 4-5

Strona główna
Poprzedni tekst
Następny tekst